Chemia organiczna Boyd, Morrison recenzja

Chemia organiczna Boyd, Morrison – recenzja

Niczym odwieczna rywalizacja zawarta w pytaniu ,,kawa czy herbata?” tak samo obok siebie stawiane są dwie pozycje dotyczące chemii organicznej czyli Murry oraz tytułowy Boyd.

Zacznijmy od tego, że jest to książka, która figuruje na oficjalnej liście zamieszczonej na stronie OlChemu. 

Boyd literatura

Osobiście jako zawodnik nie przerabiałem tej książki, co było podyktowane faktem, że miałem już własny egzemplarz Murry’ego oraz Claydena, więc nie widziałem potrzeby w inwestowanie w kolejne materiały z chemii organicznej, widząc jak dużo informacji przyswoiłem z wymienionych książek. Z Boydem zapoznałem się dopiero później.

Na pierwszy rzut oka od razu zwraca uwagę bardzo surowa szata graficzna, która robi nieprzyjemne pierwsze wrażenie. Cały tekst jest czarno-biały, brak jakichkolwiek tabel, duże bloki tekstu. Nie ma co ukrywać –  dla licealisty, nawet tak ambitnego jak aspirującego olimpijczyka nie jest to pod tym kątem świetna lektura. Tutaj bezapelacyjnie wygrywa Murry czy Clayden, będące przyjemnością dla oczu.

Boyd natłok tekstu

Oczywiście najważniejsza jest treść i wiedza, którą możemy przyswoić. Boyda czyta się dobrze, całość jest przedstawiona w formie czegoś w rodzaju opowieści (analogicznie jak w Claydenie) i czujemy wzbudzanie ciekawości, którą chcemy zaspokoić czytając kolejne rozdziały (co oczywiście najmocniej wyrażone jest w rewelacyjnym Claydenie).

Trzeba przyznać, że w Boydzie jest trochę informacji, których nie znajdziemy w Murrym.

Dygresja : niektórzy ,,zarzucali” Olimpiadzie, że w 65. edycji , II etapie : zadaniu 5 pojawił się fragment z Boyda, którego nie było w Murrym, co niby miało być oznaką, że teraz TRZEBA się z niego uczyć. To oczywiście nonsens – kontrola kinetyczna i termodynamiczna są w Murrym wytłumaczone, podobnie jak regioselektywność reakcji elektrofilowej substytucji na naftalenie.

Na Olimpiadzie dość często pojawiają się reakcje będące próbami identyfikacyjnymi na dane grupy funkcyjne, od prostych reakcji jak odbarwianie wody bromowej przez alkeny po nieco trudniejsze jak próba Hinsberga czy Lucasa (57 edycja, FW – zadanie A6 : podpunkt 4). W dobie spektroskopowej dominacji tego rodzaju próby odchodzą nieco w zapomnienie przez co jest to zaniedbywane w Murrym, który jest bardziej na czasie, ale pod kątem Olimpiady Chemicznej mamy tutaj punkt na korzyść Boyda.

Boyd próba Hinsberga

Kolejną ogromną zaletą chemii organicznej Boyda jest większy procent zadań, które są ,,na myślenie” podczas gdy w Murrym służą one głównie konsolidacji nowo zdobytej wiedzy (chociaż w najnowszym jego wydaniu przybyło takich zadań). W pamięć zapadło mi jedno legendarne zadanie z peptydów, które miało 4 strony rozwiązania! Czegoś takiego nie znajdziemy nawet na Olimpiadzie.

Boyd legendarne zadanie z peptydów

Osobiście posiadałem w domu tylko tom Boyda, w którym były rozwiązania wszystkich zadań i to zadanie było świetnym treningiem przed II etapem 59. Olimpiady Chemicznej, bo ze względu na folder wstępny (B7) były duże szanse na pojawienie się peptydów, które w tamtych czasach były w ogóle bardzo modnymi zadaniami. I w stu procentach obiektywnie patrząc – zadania z analizy peptydów były bardzo mocne (i jednocześnie wspaniałe). Popatrz na przykład na te zadania :

Można powiedzieć, że Murry i Boyd dobrze się razem uzupełniają. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przeczytać obie książki. Wychodzę nawet z założenia, że takie podejście jest bardziej efektywnie niż czytanie drugi (lub trzeci) raz tą samą książkę.

Czytając inną książkę bardziej się koncentrujemy i podświadomie porównujemy jedno do drugiego szukając różnic, jednocześnie przypominając i utrwalając sobie zdobytą już wiedzę. Gdy czytamy drugi raz to samo, to z kolei możemy nawet mniej się skupiać, zakładając że daną część materiału mamy już opanowaną i automatycznie ją przeskakując.

Jeśli miałbym w ciemno komuś polecać książkę spośród Murry’ego oraz Boyda to stawiałbym jednak na tego pierwszego, jako pozycję, która będzie po prostu bardziej przystępna dla zwykłego licealisty. Niektórym może odpowiadać surowa forma graficzna obecna w Boydzie lub też nawet taką preferują, wtedy śmiało można się na to decydować. Rodzi się jednak problem natury praktycznej, że Boyda ciężko dostać… Na stronie PWN-u produkt jest niestety niedostępny.

Jest to jednak książka, którą warto mieć na uwadze i trzymać ją w zanadrzu np. w potrzebie szukania nowych bodźców z chemii organicznej (np. po uzyskaniu przeciętnego wyniku z chemii organicznej na II etapie rzędu 30/40 pkt po ,,dokładnym według Ciebie” przerobieniu Murry’ego).  Porównanie Murry’ego i Claydena to natomiast temat na osobny post.


[Radek]

Mój stosunek do Boyda-Morrisona obecnie jest ambiwalentny. Dowiedziałem się o istnieniu tego podręcznika pod koniec pierwszej klasy (tak przynajmniej mi się wydaje) od mojego dobrego kolegi, który znużony i zniechęcony do chemii organicznej McMurrym, przerzucił się na Boyda-Morrisona i uważał go za idealnego do nauki organy. Nie umiałem tego zrozumieć od samego początku.

Warto wspomnieć w tym miejscu, że na początku swojej przygody z chemią byłem fanboyem McMurry’ego (do tego stopnia, że byłem tak nazywany). Nie umiałem zrozumieć innego podejścia do organy niż zrozumienie i przerobienie pięciu tomiszczy. W zasadzie to czterech, bo pierwszy tom McMurry’ego można przerobić w jakieś 20 minut. Boyd wydawał mi się żartem. Czarno-biała, słabo sformatowana książka, z fatalną grafiką – taki Bielański, tyle że do organy. Mechanizmów praktycznie nie ma. A jak są to niewiele mówią o czymkolwiek.

Musiało minąć trochę czasu, żebym zrozumiał, że dla kogoś szczególnie niezainteresowanego teoretyczną chemią organiczną McMurry, czy tym bardziej Clayden jest nudną, rozwlekłą porcją makulatury. Boyd idealnie trafia do „nieorganików”. Okazało się, że moje skojarzenie z Bielańskim było nieprzypadkowe.

Przypomnijmy główne przymioty Boyda – skrótowość, ciężki, średniowieczny język, mało tłumaczeń, czarno – biały styl itp.. Czyż to nie jest dokładnie to, co serwuje nam profesor Bielański w swoich dziełach?Nie jest to przypadkowe, wiele osób które lubi Bielańskiego, również lubi Boyda.

Tutaj nasuwa się konkluzja.

Jeśli nie interesuje cię za bardzo chemia organiczna i chcesz po prostu nie tracić punktów na zadaniach 4. i 5. to Boyd jest dla ciebie, pokrywa wszystko co musisz umieć do finału, ale nie zamęcza nudną teorią, mechanizmami i anegdotami. Również prawdopodobne jest, że Bielański trafi bardzo dobrze do ciebie.

Jeśli za to interesuje cię chemia organiczna, to nie zawracaj sobie głowy Boydem. Twój wybór powinien paść między Claydenem a McMurrrym. Są pełne tłumaczeń (Clayden nawet jest dość humorystyczny) i bardzo obszerne, ale pozwolą ci zrozumieć organę. Jeśli lubisz Claydena, to małe szanse że polubisz Bielańskiego. Są lepsze podręczniki do nieorgany.

Kiedyś jeszcze na pewno powiem więcej o moim stosunku do Bielańskiego i innych podręcznikach do nieorgany, których na pewno mamy na rynku najwięcej. No i o tym czy Clayden faktycznie jest lepszy od McMurrego i czy warto się z nim pomęczyć.

Leave a Reply