O Mnie – cz. I

O mnie cz. I – moja przygoda z Olimpiadą Chemiczną

Tak jak wspominałem, jestem studentem VI roku medycyny z ogromną pasją chemiczną, ale głównie w postaci Olimpiady Chemicznej. Nie wiem dlaczego jestem psycholem na tym punkcie, postaram się jakoś odpowiedzieć w tym wpisie na to nurtujące pytanie. No bo kto 6 lat po konkursie wciąż nim żyje?

Mam nadzieję, że ten wpis posłuży komuś jako motywacja, gdyż według mnie to właśnie ona jest kluczem do sukcesu w tych zawodach. 

Przygoda z chemią zaczęła się w gimnazjum i kompletnie sobie z tym przedmiotem nie radziłem. W 3. klasie, kiedy liczyła się średnia na świadectwie do kwalifikacji do liceum, poprosiłem o pomoc swojego kolegę Tomka, aby pomógł mi ogarnąć materiał, który wówczas jawił mi się jako iście kosmiczny. Takie moje pierwsze korepetycje.

Wiadomo – jak już się nauczyłem, to było fajnie, ale wciąż chemia to był dla mnie trudny przedmiot i nie bardzo się nim jarałem.

Dalszy kierunek w liceum – biochem, idąc w ślady mojego brata, wtedy studenta medycyny. Na ten moment nie bardzo fascynuję się ani chemią, ani medycyną. Przy okazji, co to ma być, że taki szczyl w gimnazjum ma decydować już o swojej przyszłości? Gdzie wszyscy są na poziomie intelektualnym typu ,,Twoja stara” i ,,idziemy się rzucać śnieżkami na przerwie” , nie zapominając oczywiście na klasyku na przerwach : ,,daj spisać fizę” (babeczka z fizyki potrafiła zgładzić nas samym spojrzeniem, taki budyń w nogach jaki się wtedy robił, to uczucie nie do opisania, aczkolwiek faktem pozostaje, że z tego przedmiotu potem miałem luźno w liceum, bazując tylko na tamtej wiedzy). No, ale coś trzeba było wybrać, więc moja przemyślana decyzja została głównie podyktowana faktem – mój bardzo dobry kolega chce iść na medycynę, więc ja też idę. A potem się okazało, że poszedłem sam, bo jemu się zmieniła decyzja.

No dobra, to teraz liceum. Pewnie myślisz, gościu jest finalistą, więc pewnie super liceum. Błąd. Liceum ogółem całkiem hmmm… porządne, ale żadna to kuźnia olimpijczyków. Skończyłem tę szkołę 6 lat temu, od tego czasu ani jednego olimpijczyka z chemii (tylko tu sprawdzałem, skrupulatnie co roku). Z mojej klasy na medycynę dostały się trzy osoby – z czego ja i kolega byliśmy finalistami z chemii.

To jeden z ważniejszych argumentów, dla których uważam, że OlChem to odpowiednia dla Ciebie droga. Mało kto traktuje poważnie przygotowania do matury. Ludzie budzą się w styczniu w 3. klasie i brak im regularności. Te śmieszne, kilkugodzinne rzuty nauki, opętane przez spazmy strachu przed zbliżającym się majem są kompletnie nieefektywne. Oczywiście nie wszyscy tacy są, wiele osób się ładnie uczy i przede wszystkim odpowiednio wcześniej, z ładną regularnością i nie ma się co dziwić, że są efekty. To na szczęście nie jest blog o maturze, bo jej szczerze nienawidzę. Jest esencją głupoty i idiotyzmu płynącego z naszego systemu edukacji. Ludzie kochani, jak ta matura z chemii obecnie wygląda. Wywalili elektrochemię – czemu!? Ale największa zbrodnia, która dobiła tę umierającą powolną śmiercią maturę, to zrobienie z niej ćwiczenia z języka polskiego. Zadania na pół strony A4 treści za jeden punkt, sprawdzające jedynie umiejętność czytania ze zrozumieniem.

W ogóle matura to zero kreatywności, tylko bezmyślne pałowanie zadań z Witowskiego i trzymanie się schematu (co w biologii dochodzi do poziomu kuriozum absurdalnego, o czym z pewnością wiecie). Kolejny argument, aby iść w kierunku Olimpiady. Też o wiele fajniej wygląda sprawa progu. Nie śledzę jakoś wybitnie progów na medycynę, ale obstawiam, że pewnie dalej stoi to w granicach 170/200 czyli 85%, nie mówiąc już o pierwszym naborze. Na OlChemie wygląda to o wiele lepiej, jeszcze kiedy ja startowałem to kwalifikacja na I etap była od 45%, rok później 48%. Najwyższy próg w historii – 60% (ale edycja była naprawdę trywialna). Drugi etap też kształtuje się w granicach 55-70%.

Powiedzcie sami, czy ktoś kto ma 98% z chemii na maturze, różni się czymś od osoby, która ma 96%? Po prostu, ktoś czegoś nie doczytał, może nie zapisał rozwiązania tak jak chcieli to sprawdzający.

Zobaczcie też jakie możliwości strategii daje Olimpiada. Można na przykład ładować w organiczną i fizyczną i zaniedbać pozostałe dwa zadania z analitycznej i nieorganicznej, a i tak dostać się do II etapu. Możliwości jest mnóstwo.

Koniec o tym ,,egzaminie śmieszności” , bo już mnie krew zalewa. Wracamy do liceum. Nadmienię tylko, że gimnazjum kończyłem z oceną 3 łamane na 4 z chemii, ostatecznie na siłę podciągnięte wyżej (przez model atomu, który zrobił mi dziadek – zasłużone w c…).

Przygoda z olimpiadą zaczęła się u mnie kompletnie przypadkiem. W księgarni gdy kupowałem książki do pierwszej klasy, dostałem w gratisie repetytorium z chemii. Kto wie czy wasza przygoda z Olimpiadą nie zacznie się na kiblu gdy skończycie już czytać skład Kreta i sięgniecie po repetytorium, które Was zainteresuje. Uwierzcie – może tak być!

Trochę poczytałem, trafiłem na stronę olimpiady, zobaczyłem wymienioną literaturę i mówię : spróbujemy. Był grudzień 2010. Już za późno, żeby wziąć udział w 1 klasie, ale w drugiej dam radę.

Biorę pierwszą wymienioną pozycję – Bielańskiego. Dramat! Dla ucznia liceum, taka książka jest praktycznie nie do przebrnięcia. Po 5 latach medycyny, kilka książek naukowych widziałem, ale powiem Wam, że po dziś dzień uważam, że to jest jedna z gorszych pozycji, aczkolwiek przyznaję, że nie jest aż tak fatalna, widziałem gorsze. Niemniej jednak, dla licealisty to jest pozycja co najmniej nieciekawa.

No, ale dobra, zapał (nie wiadomo skąd w sumie) jest, to lecimy. Od pierwszej strony zacząłem i jeszcze skrupulatnie robię notatki. Przecież nic na stronie OlChemu nie ma, że nie trzeba robić kilku/kilkunastu działów, więc robię całą książkę. Jeszcze mam te notatki, gdzie dumnie przepisuję znak całki, mimo że kompletnie nie mam pojęcia co to jest. Ale kurde – JAK to wygląda! I inni nie wiedzą, że ja nie wiem. Nietrudno się domyślić, że po jakichś 40 stronach się poddałem. W ogóle frustracja chemią nieorganiczną trwała u mnie do samego końca. Chyba na 2 miesiące przed II etapem w 3. klasie dopiero w miarę polubiłem ten dział. Ten temat jednak będę jeszcze poruszał w zakładce Chemia nieorganiczna. Wstawiam zdjęcie jednego z wielu zeszytów, które na oślep zapisywałem notatkami… Fragment oczywiście z całkami i kompletnie nieprzydatnymi na olimpiadzie informacjami. Ale wtedy, kto by to wiedział… uczyło się wszystkiego.

Fragm. zeszytu z fizycznej.jpg
Fragmentu zeszytu z chemii fizycznej

Po pierwszym semestrze miałem z chemii trójkę i to też naciągane. W drugim semestrze poprawiłem na czwórkę. Nauczycielka łapała się za głowę, co ja wyczyniam, startując w OlChemie.

Najpierw opanuj materiał do szkoły, potem się bierz za dodatkowe rzeczy – nauczycielka, na moją prośbę o wytłumaczenie liczenia pH buforów.

 

Uwaga – będzie brzydko. Ale się wkurwiłem! Zdałem sobie sprawę, że zostałem kompletnie sam i co najważniejsze – nikt we mnie nie wierzy. Nawet rodzice, serio. Bo to naprawdę nie jest łatwy konkurs i po części im się nie dziwię.

Całe szczęście, że na mnie najlepiej działa negatywna motywacja. Uwielbiam, kocham, gdy ktoś mówi do mnie – ,,nie dasz rady”. Wtedy już wiem, że udowodnię, że jest dokładnie inaczej niż mówi.

Trochę porobiłem zadań z poprzednich lat, wakacje spędziłem według utartego schematu : rano orlik, potem organiczna Murry’ego i jakoś w miarę te wszystkie działy poszły. Jademy do Gdańska na I etap. Wynik – 58,5 pkt, przy progu 45, więc poszło nieźle jak na pierwszy raz, ale szanse na finał nie były wysokie w tym roku. 

Pamiętam bardzo dokładnie, akurat mieliśmy lekcję chemii. Jeszcze takie czasy, że smartfona miał mało kto, ja nawet telefonu do szkoły nie nosiłem. W ten dzień wyników tylko wziąłem, bo brat miał sprawdzać wyniki. I dzwoni do mnie na tej chemii.

Walić to, odbieram na lekcji, nagle się robi cisza i tylko cała klasa słucha, że JEST, dostałem się! Kolega z klasy, który też startował, niestety w tym roku nie przechodzi dalej. Jestem najlepszy ze swojego 100-tysięcznego miasta.

Ale ta radość! To tylko II etap, ale ta satysfakcja była niewyobrażalna. Motywacja – poziom nieskończoność. Jeszcze rozwaliłem zadanie z fizycznej na 17,5 pkt, przy średniej z całej Polski w granicach 6-8 pkt.

Wtedy na drugi etap jeszcze kompletnie nie byłem gotowy, zarówno z teorii jak i z laborek. Wówczas jeszcze nie dawali nam wyników osób niezakwalifikowanych, więc tylko mogę oszacować swój wynik, zdobyty w II klasie na około 40/150 pkt (teraz max na II etapie to 130 pkt). Próg był 88 pkt. Czyli jak widzicie <60%. Czyż to nie jest sympatyczny próg?

Bardzo ważnej lekcji się jednak nauczyłem – samo uczestniczenie w II etapie bardzo mi pomogło. Kiedy wyszedłem z zawodów, wiedziałem, że finał w tym roku to już stracona sprawa, ale i tak byłem szczęśliwy. Dopiero, kiedy te zadania mnie zmasakrowały (szacuję swoją teorię na : 8 – 2 – 1 – 14 – 10, czyli jedno zadanie dobrze, jedno średnio i trzy słabo/fatalnie) zorientowałem się, co zrobiłem źle w swoich przygotowaniach i od razu wykrystalizował się pomysł, jak to skorygować. Za rok przyjeżdżam tu po finał, pomyślałem. 

Schemat wakacji do powtórki, na koniec z chemii już jest 6, co i tak generalnie mnie nie obchodzi. Bo w ogóle oceny to kolejna kpina, którą nie powinniście sobie zaprzątać głowy. Ciekawe, czy moje szanowne koleżanki z klasy (biochem to oczywiście 90% dziewczyn) doszły już retrospektywnie, że ta ich średnia 5.0 nie wniosła nic pozytywnego do ich życia, może oprócz premii w postaci 50 zł od babci na koniec roku. Tylko jedna z nich dostała się tam, gdzie chciała, na medycynę. Reszta do poprawki i stracone lata z życia, kiedy cała reszta znajomych wyjechała z miasta i studiuje, a co najważniejsze, jest do przodu – szybciej zaczną zarabiać, zakładać rodziny, bawić się na studiach itd.). Ja tam jechałem ze średnią na poziomie 3.5 , osiągając ,,dno” z j. polskiego nie zdając z niego semestru.

Mam nadzieję jednak, że czytając to, nie uważacie mnie za absolutnego analfabetę, wszakże na to mogłaby wskazywać ta druzgocąca ocena. Była ona jednak bardziej efektem personalnej ,,mini-wojny” między mną, a ,,szanowną” nauczycielką.

Wszyscy wokół wiedzieli, że się na mnie uwzięła. Ona to chyba najbardziej kibicowała, aby mi się nie udało na tej olimpiadzie. Ale niestety – udało się i nagle, po magicznej interwencji pedagog pojawiła się czwórka na koniec roku. Zresztą, na maturze, bez żadnego uczenia się w domu/jakiegokolwiek przygotowywania pojawił się wynik 80%. Raczej nie jest to wynik osoby z jedynką na semestr. Nie żywię żadnego żalu, bardziej mnie to śmieszy. Ci nauczyciele często są śmieszni, niestety nie zawsze w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Najlepsze to są wymagania co do zwracania się ,,per profesor”. Po pięciu latach studiów i spędzeniu kilku seminariów/ćwiczeń czy ustnego zaliczania egzaminu u różnych Panów Profesorów, doskonale znam rangę tego słowa i niestety magistrowi daleko do tego tytułu. Z całym szacunkiem oczywiście dla magistrów.

Ale to jak z tym żartem : jaka jest różnica między lekarzem a stomatologiem? Lekarz nie mówi, że jest stomatologiem.

Tym akcentem kończę ten wpis, w następnej części pojawi się opis III klasy liceum i zdobycie upragnionego tytułu finalisty. Kolejna część tutaj : O mnie – cz. II

 

Trzeba mieć wytrwałość i wiarę w siebie. Trzeba wierzyć, że człowiek jest do czegoś zdolny i osiągnąć to za wszelką cenę. – Maria Skłodowska-Curie

6 myśli w temacie “O Mnie – cz. I”

  1. Dopiero teraz to przeczytałem. Jednak wszyscy (prawie) nauczyciele są tacy sami. Moja chemica zwraca się do nas, dorosłych ludzi per chłopczyk, dziewczynka, ma chyba z 80 lat i oczywiście nic jej się nie chce, uczy schematami, robi straszne błędy i nie wie która jesteśmy klasą i co ostatnio robiliśmy. Niestety nauczyciel który zachęcał mnie do uczestnictwa w olchemie w najważniejszym dla mnie roku był na zwolnieniu. Kiedy we wrześniu powiedziałem starszej pani, że startuje w olchemie, odparła, że jej nie popiera, bo, uwaga, „nie pokrywa się z maturą” xd. Skok Elżbiety II na spadochronie był dla mnie mniej szokujący. Nie tylko nie mogła, ale przede wszystkim nie chciała mi pomóc. Długo by pisać, ale właściwie mam tak jak autor, tylko że moja babeczka z polskiego jest bardzo w porządku. 😉

    1. Moja pani od chemii na pytanie spoza zakresu matury (wysyłam je na zdalnym, w sumie żeby reszta nauczycieli dała mi spokoj, bo wiem ze ona mi nie pomoże) odpowiada 'przepraszam, musze zajrzeć do boyda’

Leave a Reply