O mnie – cz. III

Ostatnia część mojej przygody z Olimpiadą Chemiczną – czyli O mnie cz. III

Przez tydzień codziennie budzę się z uśmiechem na ustach szerszym nawet niż horyzonty jakie przede mną otworzył finał. Choćby na zewnątrz rozpętała się śnieżyca stulecia, która odcięłaby całe miasto od świata – to i tak każdy dzień był wspaniały!

Pierwszy dzień w szkole po feriach to istne spijanie śmietanki. Pierwsza lekcja – biologia. Mało tego, sprawdzian! Przed jego napisaniem wstaje jedna z koleżanek i przy całej klasie gratuluje mi oraz koledze z klasy dostania się do finału. Toniemy w głuchym echu oklasków.

Nauczycielka z biologii składa mi najbardziej fałszywe gratulacje, jakie chyba w życiu otrzymałem. Takie pod publiczkę, ciężko to wytłumaczyć komuś kto tam nie był – zdradziła ją ta niezręczność jaką czuła, gdy ludzie zaczęli bić brawa. Nie podobało jej się to, że biologia od tego momentu już kompletnie mnie nie interesuje (a i tak zlewałem równo, ale tak z szacunkiem, wszystkie dotychczasowe sprawdziany) i co najważniejsze – nic nie mogła mi zrobić.

Stałem się nietykalny. 0% obecności? Proszę bardzo. Jedynka z polskiego na semestr? Zaraz zrobi się z tego magicznie czwórka. W ogóle wszystkie oceny magicznie szły do góry (wzrost średniej chyba aż o 1.0) przy moim zerowym nakładzie sił.

Przez kilka dni nie robiłem kompletnie nic. To był czas na zasłużony odpoczynek. Po tym czasie jednak trzeba było zdecydować, co dalej. Pora na niezbyt dobre decyzje, których po części żałuję, bo zupełnie się nie popisałem.

Mogłem uczyć się do finału, ale dopadł mnie syndrom, który dopada wielu finalistów, jak to wynika z moich obserwacji. A mianowicie, zamiast przysiąść do nauki do finału tak samo poważnie jak uczyło się do tej pory, to ten finał już się traktuje tak bardzo ulgowo, no bo przecież wystarczy tylko w nim uczestniczyć.

Wiem, że stać mnie było na top 20 w kraju, a co za tym idzie mogłem być laureatem. A co ja zrobiłem? Po pierwsze, po samych zawodach było jakieś 3,5 tygodnia czekania na wyniki (okropnie długo!) potem te kilka dni odpoczynku, a potem… zacząłem się uczyć biologii…

Z pewnych względów chciałem dostać się na medycynę w Gdańsku, a to były jeszcze czasy kiedy akurat Gdańsk nie honorował tytułu finalisty – w tym sensie, że nie dawał mi automatycznie 200/200 z matury, tylko 100/200 + tyle co napiszę z biologii. Do samego finału uczyłem się dwa tygodnie. Bardzo mało. Laborka nie przećwiczona wcale…

Czas wsiąść do pociągu i to nie byle jakiego, bo do Warszawki. Oprócz mnie i kolegi z klasy, była jeszcze jedna dziewczyna, a po odwołaniu dostał się jeszcze jeden koleś z naszego województwa. Była nas czwórka, ja miałem przyjemność być najlepszym z całego tego okręgu, chociaż to żadna chwała, bo samo województwo wypadło bardzo słabo.

Taka anegdotka : zostaliście ulokowani do trzyosobowego pokoju, z jakimiś dwoma nieznajomymi ( w tym przypadku to ja i kolega Mariusz z klasy), ale dojeżdżacie pierwsi do Warszawy, więc naturalnie macie przywilej pierwszeństwa wyboru łóżka. A łóżka są dwa : jedno małżeńskie i drugie jednoosobowe. Które wybierasz?

Okazało się, że kolega wybrał małżeńskie. Po krótkiej konsternacji, gramy z Mariuszem w kamień, papier… Ufff, na szczęście wygrałem i będę spał sam.

Wieczorem spotykam wreszcie na żywo kolegę z forum, o którym wspominałem w O mnie – cz. II. Super gościu, jestem cały czas pod wrażeniem. Bo pomijając fakt, że był arcywybitny (serio, czułem się przy nim jak umysłowa ameba) to był po prostu mega spoko. ,,Wódeczkę na finale” sobie odpuściliśmy – ponoć taka akcja się kiedyś rozegrała i chłopaki zostali przyłapani. Na wielkie szczęście nie zostały im odebrane tytuły finalisty, ale mieli chyba zera z teorii czy tam laborki, nie pamiętam dokładnie. Także generalnie, polecam być tam grzecznym.

Laborka. Jak już wiecie z poprzedniej części, orłem z laborki to ja nie byłem. Miałem dobre zaplecze teoretyczno – obliczeniowe, ale to jednak część praktyczna, a ja tej nie miałem jak wyćwiczyć. A już tej finałowej to w ogóle. Mieliśmy chromatografię TLC – uczyłem się tego robić z youtube z angielskich filmików. Zadanie było połączone z absorbancją i generalnie nawet mi wyszło – miałem 9/20. To był dla mnie dobry wynik, serio. Ja to wszystko robiłem i widziałem po raz pierwszy a mam 45% z zadania. Na laborce z II etapu miałem 26% więc jest progress.

Drugie zadanie nawet też było w zasięgu, wiedziałem, że dało się z tego zrobić jakiś przyzwoity wynik. Pojawiła się jednak bariera nie do przejścia. Mieli tam inne gruszki, niż te, które mieliśmy u nas w liceum. Nie umiałem ich obsłużyć, a co za tym idzie odmierzyć ilość jakiegokolwiek odczynnika. Zrobiłem tyle ile się dało teorii i wyszedłem chyba z 30 minut wcześniej, co mi się akurat nie zdarza. Drugie zadanie poszło na 10,5/40. I tak z laboratorium jestem zadowolony.

Na drugi dzień przebieram się w garnitur i ruszamy na teorię. Byłem przekonany, że będzie miedź… a tu zaskoczenie.

Pierwsze zadanie – przewidywalne, bardzo przyjemne zadanie. Nie wiem, dlaczego poszło mi tak słabo. Wydawało mi się, że zrobiłem prawie każdy podpunkt, nawet tą pojemność buforową znałem, nie musiałem czytać tłumaczenia.

Drugie zadanie – bor. Klasyk na finale, trochę zawiodłem obliczeniowo, bo dało się dużo wyliczyć. Powód słabego wyniku to brak czasu… o czym za chwilę.

Trzecie zadanie – kinetyka. W połączeniu tym razem z przewodnictwem. Zadanie srogie, trzeba przyznać, ale do ugryzienia. Tutaj mocno zawiodłem. Bo to zadanie mogłem zrobić na luzie na 15 pkt, co dałoby chyba top 3 w kraju jeśli chodzi o samą fizyczną. Popełniłem kuriozalny błąd, który nigdy nie powinien się zdarzyć, a mianowicie źle odczytałem tabelkę, gdzieś przesunęły się te wiersze, kolumny w moich oczach i wyniki mi nie pasowały. Ale dostałem punkty za wyprowadzenie kilku wzorów, ale całe to zadanie było do zrobienia, ja się po prostu poddałem, bo zobaczyłem, że z wynikami coś nie gra. To zadanie boli mnie do dziś. Z moich statystyk wynika, że i tak byłem z niego top 24 w kraju ( tak – byłem takim psycholem, że przeanalizowałem tak dokładnie tabelę z wynikami i liczyłem, który w kraju jestem z poszczególnego zadania), więc całkiem ok. Ale to nie to samo co medalowe top 3.

Czwarte zadanie – organiczna. Moja siła. Tutaj zadanie poszło i najszybciej i najlepiej, ale łatwe nie było. Padł najlepszy u mnie wynik, który co prawda i tak mnie nie satysfakcjonował, dający top 22 z zadania czwartego.

Piąte zadanie – tu nie wiem co się wydarzyło. Poległem w każdym aspekcie tego zadania. Było ono podzielone na dwie części : w pierwszej były reakcje i widmo. Pokonało mnie i to i to. Nie mam pojęcia dla czego, bo żadna z tych rzeczy nie była trudna. Ale jakaś taka niemoc. I jeszcze jedna rzecz, o której za chwilę. Druga część zadania to peptydy. Peptydy to dla mnie absolutnie najukochańszy dział z biochemii czyli generalnie zadania 5. Wyszedł mi ładny peptyd, zgadzały się masy, a okazało się, że istniało drugie rozwiązanie z inną kombinacją zupełnie odmiennych aminokwasów. Tutaj zawiodłem na całej linii.

Natomiast co boli najbardziej? To, że 40 minut przed zakończeniem zawodów, na salę wpada moja nauczycielka i macha, że mam się zbierać, bo nam pociąg odjedzie.

Ludzie kochani… Oprócz udostępniania laboratorium, nie wspierała mnie zbyt czynnie, o co generalnie nie mam pretensji, bo umiem sobie poradzić samemu, po prostu zajmuje to więcej czasu. Jest to też jeden z powodów, dla którego myślę, że warto obserwować regularnie tą stronę – ja chcę Wam pomóc ten czas skrócić i zaoszczędzić. Jedynie pomagała dając mi negatywną motywację… I teraz, dzięki mnie dostanie od szkoły kasę za osiągnięcia ucznia, mimo że to ja doszedłem sam do wszystkiego i nawet nie chce jej się dłużej zostać i ja teraz w swoim jedynym finale w życiu mam wychodzić 40 minut wcześniej.

Kto był na II etapie wie, że te 5h to jest albo na styk, albo za mało (nawet kolega z forum, który był po II etapie top 6 w kraju mówił, że czasu za mało). Na finale sytuacja się zmienia. Czasu jest za mało! Więc wyobraźcie sobie wyjść 40 minut wcześniej. Gdzie ja mam każde zadanie w rozsypce, bo jakieś pojedyncze kwestie trzeba podopinać i muszę wyjść. Przez to właśnie trochę popsuły mi się zadania 1,3,5. Ale trudno.

I tak było super. Wspomnienie do końca życia.

Wklejam wyniki z finału, chociaż absolutnie nie ma się czym chwalić… Ale to w dużej części moja wina, ale nie bez znaczenia pozostaje też wyjście wcześniej czy brak obycia ze sprzętem laboratoryjnym. Finałowa laborka jest naprawdę do ogarnięcia, a jest z niej dużo punktów do zebrania. Przy wyniku 30/60 z laborki wystarczy potem 55/100 z teorii i ma się tego laureata. To na pewno było w moim zasięgu, ale tak się los musiał potoczyć, żebym poznał swoją przyszłą dziewczynę, która to szła na studia do Bydgoszczy,  a nie do Gdańska. Więc nie ma co narzekać 🙂

Scan2-page-001Co po finale?

Bezsensowna nauka do biologii. Całe szczęście napisałem ją na chyba 68% i się ostatecznie do Gdańska nie dostałem. W Bydgoszczy natomiast przyjęto mnie z otwartymi ramionami.

Wynik słaby, bo szczerze mówiąc do nauki zbytnio się nie przykładałem. Od kwietnia zaczynam walkę z nadmiarowymi kilogramami, które się zebrały podczas nauki do OlChemu. Zaczynam swoją przygodę z bieganiem i odkrywam swoją nową pasję.

A teraz?

Kilka słów o mnie : aktualnie kończę ostatni rok medycyny. Studia uważam za łatwe, w porównaniu do wyczynu jakim była olimpiada. Wiadomo, bywały trudniejsze momenty, ale żadna ilość materiału nie robiła już aż takiego wrażenia.

Co jeszcze oprócz chemii?

Swojego życia nie widzę bez sportu, odkąd pamiętam zawsze byłem ,,niewyżyty energetycznie” i gruby stałem się przez olimpiadę, całkowicie świadomie. Bieganie pomogło zrzucić kilogramy i odkryć nową pasję. Od tego czasu przebiegłem dwa maratony, sześć półmaratonów i kilka krótszych biegów.

Swojego czasu trenowałem z Błażejem Brzezińskim  i okazało się, że nie umiem nawet poprawnie technicznie biegać. Uwierzcie – Wy prawdopodobnie też nie. Tak czy inaczej, doprowadził on mnie do wyniku 95 minut w półmaratonie (21,km).

Później niestety natrafiła mi się kontuzja, poważna ponieważ wciąż pozostaje niezdiagnozowana. Oprócz tego od ponad roku męczę się z rekonwalescencją po kuriozalnie błahej operacji. To niestety również odbiło się na mojej wadze.

Oprócz sportu (lubię i uprawiam praktycznie każdy : narty, badminton, tenis, piłka nożna, siatkówka itd) od dziecka lubię czytać książki i je pisać. W maju skończyłem ostatnią książkę, która to teraz czeka na poprawki i wtedy zostanie wysłana do wydawnictwa. Mam cichą nadzieję, że kiedyś będę mógł Was poinformować, że jest dostępna w księgarniach.

I oczywiście chemia. Olimpiada Chemiczna. Nie potrafię i na razie nie chcę się z nią rozstawać. Chcę propagować wśród licealistów (ale i gimnazjalistów czy tam podstawówkowców teraz) tą piękną przygodę.

Mam wielką nadzieję, że moja historia kogoś zainspirowała i też podąży tą ścieżką – służę Ci, kolego lub koleżanko chemiku, pomocą.

My eyes are constantly wide open to the extraordinary fact of existence. Not just human existence, but the existence of life and how this breathtakingly powerful process, which is natural selection, has managed to take the very simple facts of physics and chemistry and build them up to redwood trees and humans. – Richard Dawkins

I taki mały dodatek na koniec :

Scan-page-001

5 myśli w temacie “O mnie – cz. III”

  1. Wspaniale napisana historia! Przeczytałam jednym tchem 😊 ogromna motywacja! Dzięki! 😁

    1. Miło mi to słyszeć 🙂 Chciałbym, że każdy po I czy II etapie dał znać nawet w 10 zdaniach jak poszło, abyśmy po prostu o tej olimpiadzie rozmawiali, między nami, chemicznymi pasjonatami 😀

  2. Hej ja właśnie zaczynam przygotowywać się do olimpiady aby wystartować w następnym roku, w III klasie. Długo wahałam się z decyzją, ale poniekąd twoja historia mnie zmobilizowała, aby ostatecznie podjąć tą decyzję 🙂
    Jedno mnie tylko zastanawia- jak masz uczennicę, skoro studiujesz?

    1. Cześć 🙂 Cieszę się, że zdecydowałaś się na start w OlChemie, to piękna, ale wymagająca przygoda. Słowo ,,uczennica” zostało przeze mnie użyte w sensie nie stricte formalnym, bo nie jestem z wykształcenia nauczycielem, co nie znaczy, że nie mogę prowadzić (przygotowywać) swoich zawodników do finału 🙂

  3. Gratuluję! bardzo dobry pomysł na propagowanie OCh i samej chemii. Piszę z pozycji rodzica olimpijczyka już ubiegłorocznego laureata, który do chemii dojrzewał długie lata, bo to matematyka jest na pierwszym miejscu. Przygotowania, stres, emocje… to wszystko też mi się bardzo udziela i po zeszłorocznym finale mało nie osiwiałem 🙂 z nerwów, radości, emocji…
    Jedno jest pewne warto i trzeba „przysiąść” do zadań, teorii, ćwiczyć laborki. Poważnie potraktować przeciwnika (zadania) i rozgryzać jego słabe strony (poznawać teorię), a każde rozwiązanie lub chociaż przybliżenie się do wyniku uskrzydla do dalszego działania.
    Trzymam kciuki w prowadzeniu strony i może syn wyśle własne pomysły zadań do ligi zadaniowej.
    dla rozrywki mały rebus chemiczny. Syn miał 7-8 lat i bawiliśmy się symbolami pierwiastków (sporo ich znał) czekając w kolejce po bilety:
    Aluminium wytop z galu,
    Argon obróć jak na balu
    schłódź azotem, tytan zamień
    a otrzymasz twardy kamień!
    Miłej zabawy, ciekawe kto rozwiąże tę zagadkę 🙂

Leave a Reply