Wywiad z finalistami i laureatami 67. edycji Olimpiady Chemicznej

Witam Was serdecznie! Kiedy sam przygotowywałem się do Olimpiady Chemicznej jednym z najgorszych uczuć była samotność, która towarzyszy nam w trakcie przygotowań. Większość z nas nie należy przecież do Olimpijskich szkół i jesteśmy pozostawieni sami z tym ogromnym wyzwaniem. Dlatego uważam, że możliwość poznania historii innych osób, które mają to już za sobą, jest czymś absolutnie bezcennym.

Zapraszam Was zatem na podróż przez piękne historie Daniela (DP) , Marysi (MG), Huberta (HK) oraz Hani (HŻ), czyli tegorocznych laureatów oraz finalistów 67. Olimpiady Chemicznej.

Każdy z nas przechodząc przez tą Olimpijską ścieżkę nabywa własnych doświadczeń i ma inne spojrzenie na daną kwestię. A może chcesz podzielić się własnymi doświadczeniami? Serdecznie do tego zachęcam!

  1. Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z Olimpiadą?

DP : Pomysł startowania w Olimpiadzie Chemicznej pojawił się w mojej głowie gdzieś w kwietniu III klasy gimnazjum i był wynikiem splotu różnych wydarzeń i epizodów w moim życiu. Pomimo szczerych chęci i usilnych starań dwukrotnie odpadłem na drugim etapie z Olimpiady Matematycznej Juniorów co uświadomiło mi, że pochodząc z małego miasteczka, bez  pomocy zewnętrznej nie będę w stanie nadrobić dzielące mnie od reszty uczestników zaległości. Jednakże nie chciałem porzucać marzeń i być po prostu w czymś dobry. I nagle pojawiła się zaskakująca informacja o wygraniu konkursu kuratoryjnego z chemii. Skoro nie matma, to chemia! Przez wakacje przerobiłem materiał licealny a we wrześniu zapisałem się na kurs do pierwszego etapu prowadzony przez Patryka.

MG : Można powiedzieć, że przed rozpoczęciem 1 klasy liceum. W tamte wakacje zaczęłam przerabiać materiał licealny, lecz nie poświęcałam temu za dużej uwagi. Pierwsze zmagania z zadaniami miałam w grudniu i zastanawiałam się jakim cudem da się je rozwiązać. 

HK : W pierwszej liceum będąc na totalnie innym kierunku (matematyczno – geograficznym) postanowiłem zdawać maturę z chemii, lecz z biegiem czasu zacząłem interesować się konkursami chemicznymi włącznie z Olimpiadą. Niestety przez zbyt późne decyzje ominął mnie start w pierwszej klasie, czego z perspektywy czasu bardzo żałuję.

: Krótko po trzecim etapie konkursu kuratoryjnego. Z drugiej strony wydaje mi się, że przygotowania do olimpiady, nawet o tym nie wiedząc, zaczynamy od momentu kiedy rozpoczynamy uczyć się matematyki w podstawówce. To w końcu daje nam podstawy, na bazie których można robić więcej. 

  1. Od jakiego poziomu ,,chemicznego” zaczynałeś/aś?

DP : Ciężko powiedzieć, gdyż chemia pojawiła się w moim życiu bardzo późno – ze względu na problemy zdrowotne szkolnej nauczycielki trafiła ona do mojego planu lekcji dopiero w drugim półroczu klasy II gimnazjum. Startując w konkursie gimnazjalnym w klasie III traktowałem ją raczej jako egzotyczny dodatek do konkursów, w których pokładałem znacznie większe nadzieje, czego najlepszym dowodem było odległe miejsce gdzieś pod koniec listy zakwalifikowanych do następnego etapu. Jednak szybko załapałem ogólną klarowność chemii i łącząc ją z zapleczem matematycznym, a także umiejętnością wyciągania wniosków udało mi się ostatecznie wygrać konkurs kuratoryjny, osiągając ex aequo najlepszy wynik na Podkarpaciu. Z pewnością dzięki niemu nabyłem podstawy i ogólny zarys chemii jako przedmiotu bardzo logicznego i jasnego, jednak przydały się one bardziej do ekspresowego przelecenia materiału licealnego niż prawdziwego wdepnięcia w struktury Olchemu.

MG : W 3 gimnazjum startowałam w konkursie kuratoryjnym, lecz doszłam tylko do etapu rejonowego, przez okropne obliczenia i stres. Brałam udział też w pojedynczych konkursach chemicznych. Pamiętam też, jak już po egzaminie gimnazjalnym, siedziałam w ławce i jak się nudziłam to rozwiązywałam równanie kwadratowe aby obliczyć pH roztworu. Nic z tego nie rozumiałam, lecz mogłam poszpanować taką matematyką przed innymi, haha.

HK : Można powiedzieć, że moja wiedza po gimnazjum była bardzo mała mimo startu w konkursie kuratoryjnym. Podczas pierwszego „poważniejszego” konkursu w pierwszej klasie pokonało mnie policzenie pH kwasu.

: Z poziomu Konkursu Kuratoryjnego, w 8 klasie zaczęłam powoli czytać podręczniki do LO. 

  1. Jaki był stosunek nauczycieli w szkole na wieść, że startujesz? Interesowali się? Pomagali Ci w nauce?

DP : Dużym problemem dla młodych w mojej okolicy jest brak ośrodka olimpijskiego i osób zajmujących się przygotowaniem do olimpiad. Jednakże mimo to nauczyciele szczerze mi kibicowali i pomagali jak tylko byli w stanie – sama możliwość odstawienia na kilka miesięcy szkolnych obowiązków i zajęcia się w dużej mierze wyłącznie olimpiadami była nieoceniona. Mimo, że zdecydowaną większość pracy musiałem wykonać sam w domu w czasie pozalekcyjnym to jednak nauczyciele mieli wobec mnie duży szacunek i nigdy nie szczędzili ciepłego słowa czy uśmiechu.

MG Powiem, że nawet zachęcali. Jak poszłam do szkoły to istniało Kółko Olimpijskie z Chemii. Na pewno uczęszczanie na nie było ogromnie rozwijające i motywujące. Bardzo też doceniam stosunek mojej wychowawczyni, gdyż troszczyła się o moje zdrowie psychiczne.

HK : Nie uczęszczałem do szkoły, w której olimpiady przedmiotowe były czymś powszechnym, dlatego też większość nauczycieli patrzyła trochę „z przymrużeniem oka”. Jednak nauczyciel z chemii do momentu, w którym był w stanie pomagać z materiałem służył pomocą w każdy możliwy sposób.

: Tak, nauczyciele zachęcali i zawsze służyli pomocną dłonią. W szkole odbywa się ciekawe kółko chemiczne na różnych poziomach zaawansowania. Co roku organizowane są też warsztaty olimpijskie. Szkoła dodatkowo oferuje uczniom możliwość wzięcia tzw. glejtu czyli zwolnienia olimpijskiego.

  1. Czy uważasz, że samemu da się przygotować do Olimpiady? Czy dobry nauczyciel jest absolutnie niezbędny?

DP : Znam ludzi, którzy do olimpiady uczyli się samemu i zawsze będę mieć wobec nich ogromny szacunek wiedząc jak bardzo jest to proces żmudny, ciężki i wymagający nakładów czasowych. Jednakże mając złe wspomnienia z OMJ’a już na samym początku oparłem swoje przygotowania o kogoś znającego realia olimpijskie i nie żałuję – dzięki temu zaoszczędziłem mnóstwo czasu i byłem w stanie po kilku miesiącach przygotowań, bez czytania jakiejkolwiek pozycji z polecanej literatury (no dobra, nieco minąłem się z prawdą, przeczytałem wówczas przed drugim etapem połowę 4 tomu Murrego) otrzeć się o finał w klasie pierwszej, do którego zabrakło mi 3 punktów. Trzeba pamiętać, że książki z literatury nie są książkami olimpijskimi a akademickimi i duża część materiału zawartego w nich jest nieprzydatna pod kątem olimpijskim zaś nauczyciel zawodowo zajmujący się korkami do olimpiady wie co i jak przekazać kursantowi. Dzięki temu czas poświęcony nauce nie jest czasem straconym. Poza tym zwykle tacy nauczyciele mają notatki czy materiały niedostępne publice.

MG : Stety, niestety, uważam, że nauczyciel jest niezbędny. Ucząc się w zeszłe wakacje straciłam cenny czas, podczas którego, mogłabym nawet odpoczywać, a nie szukać przypadkowych filmików o zagadnieniach chemicznych na YouTubie. Spektroskopii sama za nic nie umiałam ogarnąć, tak samo jak pewnych reakcji organicznych. Oglądałam filmiki z uczelni amerykańskich, brytyjskich, niemieckich. Powiem tyle – strata czasu. O wiele lepiej znaleźć nauczyciela, który rozumie styl nauki danego ucznia i jest w stanie mu pomóc. 

HK : Osobiście sobie tego nie wyobrażam, chyba że ktoś zacznie w pierwszej klasie liceum, wtedy może ma szansę zdobycia finalisty może w 4 klasie? Trzeba zaznaczyć, że jest to proces żmudny i wymagający ciężkiej pracy. Bez jakichkolwiek wskazówek trudno zwracać uwagę na ważne aspekty danego zagadnienia. 

: Sama nie byłam w takiej sytuacji – miałam szczęście do zaangażowanych nauczycieli, więc nie mi oceniać. Jednak myślę, że jest to możliwe, wymaga po prostu dużo więcej samozaparcia. 

  1. Jak ważne według Ciebie są ,,zdolności matematyczne” w kontekście sukcesu na Olimpiadzie?

DP : Chemia jako przedmiot ścisły jest nieodłącznie związana z matematyką, czy tego chcemy czy nie. Jednakże olimpiada nie wymaga od nas zaawansowanego aparatu matematycznego a sama matma objawia się w postaci podstaw nabieranych jeszcze w czasie gimnazjum/ostatnich klas szkoły podstawowej, tj. swobodzie w przekształcaniu wzorów, wyprowadzaniu układu równań czy rozumienia działań stechiometrycznych. Poza tym jest ona dość liberalna – często opiera się ona o podstawienia i założenia. Ograniczanie nauki chemii do kucia stosu podręczników czyni ją bardziej podobnym do przygotowania do matury z biologii niż uczestnictwa w olimpiadzie. Jednakże WAŻNA UWAGA! Olimpiada nie wymaga od nas posługiwania się rachunkiem różniczkowym czy całkowym. Kilkukrotnie już spotkałem się z takim stwierdzeniem i część osób rzeczywiście spędza sporo czasu szlifując całki i pochodne. Jest to niezbędne na studiach i maturze rozszerzonej z matematyki ale kompletnie nieprzydatne na Olchemie…

MG : O to jest pytanie, które pamiętam z wywiadu, który był już dawno temu . Proszę się tamtych ludzi nie słuchać. Wyszłam z poziomu przeciętnego na matematyce podstawowej, a olchem nie stanowił w tym wypadku wyzwania. Co prawda- są trudniejsze elementy matematyczne, ale to nic strasznego. Powiem nawet, że po Olimpiadzie, trochę się zmotywowałam i na koniec 2 klasy stwierdziłam, że na maturze rozszerzę matematykę, a co mi tam. Także trzeba po prostu więcej rozwiązywania zadań, niż gdybania czy się jest z czegoś dobrym, czy też nie.

HK : Myślę, że są bardzo istotne. Czasami bez przekształcenia czy wyprowadzenia jakiegoś wzoru nie sposób przebrnąć dalej przez zadanie. Obok logicznego myślenia zdolności matematyczne są drugim najważniejszym aspektem, jeśli myślimy o sukcesie w Olimpiadzie.

: Nie uważam, żeby “olimpijska matematyka” wykraczała poza poziom liceum, momentami może być nawet łatwiej – mamy przecież do dyspozycji kalkulator naukowy. 

  1. Opisz swój pierwszy start w Olimpiadzie – z jakich książek się uczyłeś/aś, od czego zacząłeś/aś, na co najwięcej poświęciłeś/aś czasu. Czy zrobiłeś/aś wszystkie zadania z poprzednich lat?

DP : Mój pierwszy start i w ogóle początek przygody olimpijskiej pokrył się ze zmianami jakie w moim życiu nastąpiły – dawny gimnazjalny ład prysł, znikła atmosfera i ludzie którzy ją tworzyli. W tym trudnym dla mnie czasie olimpiada stała się formą ucieczki od problemów, przez co mogłem oddać się jej całkowicie. Jak już wspomniałem, zacząłem od podręczników licealnych – wydaje mi się, że dobrze od nich zacząć bo jeśli wybierze się odpowiedni podręcznik, to niektóre zagadnienia podstawowe są wytłumaczone bardzo przystępnie dla nowicjusza. Później trafiłem na kurs Patryka do I etapu i okazał się on strzałem w dziesiątkę – genialnie zrobiony pozwolił mi przejść pierwszy etap rzutem na taśmie po odwołaniu bez korzystania z jakichkolwiek książek. No i tutaj zaczęły się schody – moja nauczycielka poszła na urlop chorobowy i o ile przed I etapem kółko było raz w tygodniu, o tyle teraz zostałem sam rzucony na głęboką wodę. Zaufałem wówczas Patrykowi, który po krótkim namyśle postanowił wyciągnąć pomocną dłoń i przeprowadzić mnie przez ten ocean pracy stojący przede mną. Nie czytałem żadnych książek, bo fizycznie zabrakłoby mi czasu by w ciągu miesiąca (czekałem do ostatniej chwili na wyniki odwołań, dlatego przygotowania zacząłem tuż przed Bożym Narodzeniem) przeczytać stos literatury. Teorią zajął się Patryk a ja szlifowałem ją po zajęciach na najróżniejszych zadaniach z poprzednich lat (nie miało znaczenia czy foldery B, finały czy II etapy), zbiorów zadań czy kserówkach znalezionych na internecie. Dla mnie, jako początkującego, dużym ułatwieniem był też zestaw zadań – folderowe polimery i aktywność były oczywiste że się pojawią a nieorgana związana była z moją ulubioną krystalografią. Pamiętam jak dzień przed zawodami Patryk powiedział – „Wiedzę masz i na pewno awansujesz sporo miejsc w rankingu. Pytanie czy wystarczająco dużo…”. Miał rację – z odległego miejsca w trzeciej setce ostatecznie miałem 140 wynik w kraju a do samego finału zabrakło mi 3 punktów. Szkoda mi popełnionych błędów, bo mogłem być na finale już w klasie pierwszej ale i tak byłem dumny, że udało się przygotować w miesiąc i otrzeć się o finał, który jak się niedługo okazało, i tak się nie odbył.

MG : To pierwszy start w Olimpiadzie Chemicznej miałam w tym roku szkolnym. Zaczęłam w bodajże listopadzie 1 klasy przerabiać McMurry’ego. Robiłam z 30/40 stron dziennie, ale bardzo nie polecam swojego stylu nauki. Nie potrafiłam na tyle się skupić, czy też nie miałam dobrych podstaw i skończyłam na tym, że tą książkę do 2 etapu przeczytałam 4 razy… w całości. Następnie zerknęłam na zadania z zeszłych lat, starałam się coś robić, ale bardziej byłam zażenowana, tym że to dla mnie za trudne. Pamiętam jak chyba w grudniu cała nasza szkoła pozamawiała mapy reakcji z Chemicznego Olimpu. Wtedy też zaczęłam sobie z nich robić fiszki i zapamiętywać je na pamięć. W ferie 1 klasy wypożyczyłam Bielańskiego i za granicą siedziałam sobie w kawiarni i całymi dniami robiłam notatki z pierwiastków. Co pół godzinny podchodził do mnie ktoś nowy i pytał się gdzie chodzę na studia… Może i to nie był najlepszy (a raczej najgorszy) sposób na naukę chemii nieorganicznej, to jednak jedna rzecz została mi w głowie. Kolory na jakie barwią płomień palnika niektóre pierwiastki! I kto by się spodziewał, że to będzie na 1 etapie 67 Olimpiady? Kto się śmieje ten się śmieje ostatni 😉 Od marca, kiedy zaczęła się pandemia, zrobiłam sobie plan co należy przerobić do listopada. Zaczęłam wtedy 1 etapy. W wakacje pyknęłam foldery wszystkie A i B, a potem nadszedł czas na 2 etapy, lecz nie w całości. Najwięcej czasu w całej mojej przygodzie zajęła mi chyba chemia nieorganiczna- oczywiście obejmowało to przerobienie wszystkich zadań z każdego etapu po parę razy oraz przeczytanie 2 razy książki Chemia Nieorganiczna (Chemiczny Olimp). Z każdego działu także zrobiłam wszystkie zadania z każdego etapu po parę razy. 

HK : Mój pierwszy start po wytężonych przygotowaniach nastąpił dopiero w drugiej klasie. Jednak na drugim etapie zadanie z chemii nieorganicznej i fizycznej rozłożyło mnie na łopatki dając sumarycznie około 10 punktów. W efekcie czego do finału brakowało mi sporo, jednak z zadania laboratoryjnego sumarycznie miałem 21 punktów. Przygotowywałem się przede wszystkim z McMurry’ego, Galusa, Atkinsa (Chemia fizyczna) i Minczewskiego. Jeśli chodzi o praktykę to tutaj dużo cennego doświadczenia dało mi własne laboratorium (szkoła niestety nie posiadała niektórych odczynników, które często były podstawowe na Olimpiadzie). 

: To było chaotyczne uczenie się. Była wtedy analityczna w folderze, więc zaczęłam od Galusa. Ostatecznie na I etap poszłam nie umiejąc rozwiązywać zadań z efektu wspólnego jonu. A dokładniej wydawało mi się, że wiem o co w tym chodzi, ale niestety sposób którego używałam nijak miał się do rzeczywistości. :p Mój poziom wiedzy z organicznej był niższy niż od tego serwują nam licealne podręczniki. Po prostu nie byłam jeszcze gotowa. 

  1. Czy dostrzegasz jakieś błędy w swoim przygotowaniu albo na samych zawodach, które popełniłeś/aś? Co teraz byś zmienił/a?

DP : Błędy w czasie zawodów są nieuchronne a olimpiadę wygrywa ten kto zrobi ich najmniej. Owszem, kiedy już zna się rozwiązania, boli myśl, że można było napisać inaczej ale zwykle nie mamy na nie wpływu (raczej w czasie zawodów brakuje lub szkoda nam czasu na sprawdzanie swoich odpowiedzi a nawet jeśli się na to zdecydujemy, to błędów własnych się ciężko szuka). Dlatego najlepiej nie otwierać rozwiązań po zawodach i czekać na wyniki z przeświadczeniem, że nie jest najgorzej 🙂 Co do samych przygotowań, z perspektywy czasu zacząłbym przygotowania od Atkinsa Ogólnego (którego robiłem w czasie pandemii) bo dużo materiału dublowało się z podręcznikami i przerabianie jego mając już podstawy było nieco stratą czasu.

MG : Błędy jakie popełniłam w przygotowaniu to staranie się zrobić wszystkiego perfekcyjnie, a w dodatku samemu. Po co mi było poznanie głupich ciekawostek chemicznych? Miałam też taki problem, iż każda najmniejsza pomyłka bardzo mnie demotywowała i się tym stresowałam, jak czegoś nie wiedziałam to leciała “kula śnieżna”. A i najważniejsza rzecz- uczenie się za dużo. Moja nauka do 2 etapu to było coś przerażającego. Startowałam do Olimpiady w tym samym czasie co mój o rok starszy brat. Podczas gdy ja się uczyłam przez miesiąc od 4 rano calutki dzień, bez przerw, ten sobie siadał na dosłownie parę godzinek dziennie. Chyba jego podejście było lepsze- koniec końców oboje osiągnęliśmy tytuł finalisty.

HK : Moim zdaniem największym błędem może być bagatelizowanie zadań z poprzednich lat robiąc je „z odpowiedziami”. Nie mówię tutaj o typowym uczeniu się na zadaniach, lecz zbyt szybkim sprawdzeniu odpowiedzi – to mój podstawowy błąd popełniony przy pierwszym starcie “bo to bym umiał/wiedział”. Co do samych zawodów ważne jest, aby odrzucić pierwsze wrażenie w momencie, gdy dostajemy zadania. Mnie się to przydarzyło na drugim etapie podczas pierwszego startu. W końcu przygotowujemy się ładny kawał czasu do tych zawodów i szkoda, aby zgubna otoczka „trudności” zadań pozbawiła kogoś drogi do sukcesu.

: Moim zdaniem największym błędem może być bagatelizowanie zadań z poprzednich lat robiąc je „z odpowiedziami”. Nie mówię tutaj o typowym uczeniu się na zadaniach, lecz zbyt szybkim sprawdzeniu odpowiedzi – to mój podstawowy błąd popełniony przy pierwszym starcie “bo to bym umiał/wiedział”. Co do samych zawodów ważne jest, aby odrzucić pierwsze wrażenie w momencie, gdy dostajemy zadania. Mnie się to przydarzyło na drugim etapie podczas pierwszego startu. W końcu przygotowujemy się ładny kawał czasu do tych zawodów i szkoda, aby zgubna otoczka „trudności” zadań pozbawiła kogoś drogi do sukcesu.

To nie jako moja odpowiedź: A czy to się nie dubluje z pytaniem w 12.? 

[Przyp. Nie, to pytanie skupia się na ogółu błędów, których usunięcie mogło np. doprowadzić nas szybciej do finału. W pytaniu 12. natomiast skupiamy się na największym błędzie, czyli zwykle tym popełnionym na zawodach, a który kosztuje nas ogrom punktów]. 

  1. Opisz to samo, ale już z ostatniej (3/4) klasy. Co się zmieniło najważniejszego, co miało potem wpływ na Twoje dostanie się do finału?

DP : Ja również mam przyjemność startowania w jeszcze jednej, 68. edycji Olimpiady Chemicznej

MG : Nie mogę powiedzieć, gdyż teraz idę do klasy maturalnej 🙂 

HK : W trzeciej klasie wizja matury szła równo z Olimpiadą jednak przez zdalne nauczanie mogłem się zagłębić tylko w naukę do OlChemu. Wtedy dzięki Patrykowi wiedziałem na co muszę poświęcić najwięcej uwagi, jednocześnie ponownie przerabiając wszystkie możliwe zadania z poprzednich lat. W „wolnym czasie” mogłem dodatkowo doczytywać inne szczegóły istotne np. pod kątem tematyki zadań z folderu i układać swoje zadania.

: Teraz idę do 3 klasy czteroletniego LO. 

  1. Co jest według Ciebie ważniejsze – nauka z książek czy przerabianie zadań? A może trzeba znaleźć w tym wszystkim jakiś złoty środek?

DP : Być może wiele osób się ze mną nie zgadza, ale ja jestem zagorzałym zwolennikiem uczenia się na zadaniach – ludzie często mają tendencję do kupowania stosu literatury i przerabiania jej od deski do deski tłumacząc, że wszyscy tak postępują i jest to najlepszy sposób przygotowań (niestety wielu nauczycieli do tego zachęca lub wręcz ustala taki plan przygotowań). Jednakże nierzadko zapominamy, że nie są to książki olimpijskie a akademickie i raz, że zawierają mnóstwo zbędnej wiedzy, to dwa – są pisane trudnym naukowym językiem. Jak już wspominałem, otarłem się o finał robiąc jedynie zadania, a tytuł laureata zdobyłem mając za sobą tylko i wyłącznie Murrego (bardzo zachęcam wszystkich do szukania IX edycji, gdyż ma ładniejszą szatę graficzną i dużo więcej zadań niż poprzednie wersje) oraz Atkinsa Ogólnego, który de facto niewiele mi pomógł. Takie podejście pozwala zaoszczędzić ogrom czasu i skupić się na tym co rzeczywiście istotne w kontekście olimpiady.

MG : Bez dwóch zdań przerabianie zadań. Naczytałam się w życiu wiele książek, jedyna która mnie porwała to Clayden (pierwsze części całkowicie zmieniły moje podejście do chemii organicznej, szkoda że pozycja przeczytana dopiero po finale. Mimo to polecam każdemu <3). Reszta rzadko była mi w stanie pomóc, gdyż były to przede wszystkim podręczniki akademickie, nie pod Olimpiadę Chemiczną. Przerabianie zadań pozwala na sprawdzenie siebie oraz rozpracowanie “planu gry”.

HK : Moim zdaniem istotne jest zarówno jedno jak i drugie, jednak to na zadaniach można wyłapać swoje ewentualne braki – warto z nich wyciągnąć tyle ile się da. Pytanie co zrobić, jak skończą się zadania? Wtedy można zacząć układać swoje zadania, co też pozwala odkryć Olimpiadę na nowo, jednocześnie poznając spotykane wcześniej problemy od zupełnie innej strony.

: Jeżeli chodzi o fizyczną i analityczną to zdecydowanie wolę uczyć się rozwiązując zadania. W przypadku nieorganicznej myślę, że pół na pół, organa za to wymaga moim zdaniem większego nacisku na teorię. 

  1. Ile czasu dziennie (albo tygodniowo) poświęcałeś/aś na naukę do Olimpiady? Czy zdradzisz czytelnikom jakieś rady odnośnie nauki?

DP : Wszystko zależy od tego ile czasu zostało do zawodów i w której klasie zaczynamy startować. W czasie wakacji pracowałem takim trybem, że największe upały spędzałem nad zadaniami leżąc w hamaku, w zacienionym tarasie, a popołudniami gdy upał nieco odpuszczał, wychodziłem na rower, na piłkę czy do znajomych – wydaje mi się, że jest to najrozsądniejszy sposób połączenia wakacyjnego wypoczynku i nadrabiania zaległości. Oczywiście pamiętajmy, że olimpiada jest jedynie konkursem i nic nie wróci nam poświęconego czasu i wspomnień z młodości. Wraz z rozkręcaniem się roku szkolnego moje przygotowania stopniowo nabierały na sile – najpierw przez wrzesień i październik musiały być łączone z obowiązkami szkolnymi, później coraz bardziej odpuszczałem szkołę zajmując się olimpiadą. Najbardziej intensywny okres zaczyna się zwykle po Nowym Roku – to wtedy rzeczywiście człowiek stawia wszystko na jedną kartę i każdy dzień wygląda tak samo – wstajesz koło 9 (wbrew pozorom sen jest bezcenny w czasie gdy w ciągu dnia pracujesz tygodniami bez przerwy) i po śniadaniu z przerwami na posiłki pracujesz po kilkanaście godzin. Czy jest to odpowiedni sposób przygotowań? Nie wiem, bo nigdy innego nie stosowałem. Ale moją wskazówką i drogą do sukcesu jest poszukanie ludzi, z którymi można współpracować i ten czas spędzić wspólnie, nawet jeśli wymagałoby to podzielenia się długo szukanymi materiałami czy niedostępnymi książkami. Nie ma nic piękniejszego niż ludzie, których łączy wspólna pasja i cel, więc gwarantuję, że jeśli przestaniemy traktować innych jako konkurencję, to nie dość, że czas spędzony nad zadaniami da dużo lepsze rezultaty (co kilka głów to nie jedna) to jeszcze można zawiązać długoletnie przyjaźnie i uczynić okres olimpijski niezapomnianą przygodą.

MG : W zeszłe wakacje uczyłam się powiedzmy ¾ czasu. W takie dni uczyłam się od 5-10h dziennie. Były bezsensowne bo de facto nie wiedziałam co robię, ale nic… Do 1 etapu 2 tygodnie po 10h, a z 2 etapem…

Nie wiem, czy mam się chwalić czy wstydzić, ale do 2 etapu wstawałam o 4 rano i się uczyłam bite 12-14 godzin. Nie liczyłam w to przerw, obiadu, czy też pozwolenia sobie na spacer. Przez to naukę kończyłam o 21 i wszystko codziennie od nowa. Finał to była już tylko zabawa- siadałam z resztą finalistów po parę godzin dziennie na rozwiązywanie zadań i dodawałam od siebie parę godzin czasem.

HK : Tutaj bywało różnie, jednak przy zdalnym nauczaniu z 2 – 4 godzin dziennie można było zrobić czasami i 6 godzin. Pamiętam jednak, że czas przed drugim etapem tegorocznej edycji był bardzo gorący, wtedy przez około 3 tygodnie przygotowania trwały „od wstania do spania” średnio po 14 godzin dziennie, co dało wynik około 250 godzin.

: : Nigdy tego nie liczyłam. Robią na mnie wrażenie liczby podawane przez Marysię. Ja należę do osób, które mają problemy ze skupieniem się przez dłuższy okres czasu, więc raczej więcej niż godzinę “na raz” nie jestem w stanie się uczyć. Zawsze sporo czytam w nocy, wtedy też nadrabiałam materiał do olimpiady.

  1. Co uważasz za swoje największe osiągniecie na Olimpiadzie?

DP : Może i to bardzo prymitywne ale zrozumieć to może jedynie osoba, która przeszła podobną drogę do mnie. Otóż myślę, że największym sukcesem był sam tytuł laureata osiągnięty w moim rodzinnym, 70-tysięcznym mieście, w szkole mocno nieolimpijskiej, pomimo wielu przeszkód, poczucia samotności, ogólnej niepewności i świadomości dzielących mnie od innych ośrodków warunków rozwoju. Długo zastanawiałem się nad obraniem drogi przyjaciół i przeniesieniem się do krakowskiej „piątki” wydającej się mi wówczas utopijnym rajem olimpijczyków. Ostatecznie jednak zostałem w Mielcu, chcąc pokazać sobie i innym (z pozdrowieniem dla Mai K.), że można godnie rywalizować z innymi nie wyrzekając się rodziny i bliskich. Cieszę się, że udało się to zrealizować i mimo poniesionej ceny nie żałuję swojego wyboru.

MG : Osiągnięcie tytuły finalisty za 1 startem.

HK : Wolny wstęp na uczelnie medyczne, w tym pandemicznym roku tytuł finalisty pozwolił mi zaoszczędzić wiele stresu, zwłaszcza podczas matur.

: To, że całkiem dobrze się bawiłam pisząc OLCHEM. Uważam, że za bardzo taktujemy olimpiady jak być, albo nie być, a za mało czerpiemy z tego radości. Myślę, że właśnie “fun” powinien być każdego największym olchemowym osiągnięciem

  1. Jaki największy błąd popełniłeś/aś w trakcie przygotowań lub na samych zawodach?

DP : Aby nie dublować odpowiedzi z podpunktem 7. to może wspomnę o swoich błędach w czasie samych zawodów. Najbardziej chyba boli pomylenie wzoru pirytu przed rokiem – w czasie zawodów dość intuicyjnie uznałem siarkę za dwuwartościową co nasunęło prosty związek FeS. Wychodząc z zawodów uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak i stanąłem na schodach Politechniki Rzeszowskiej jak wryty pojmując, że to przecież FeS2 . Kosztowało mnie to jakieś 6 punktów i zagrodziło drogę do finału. Co ciekawe, nie czułem wówczas wielkiej goryczy, bo i tak wynik był wyjątkowo niespodziewany i raczej satysfakcjonujący, niemniej jednak mogłem już wtedy pirytem postawić kropkę nad „i” i zaskoczyć wszystkich, którzy we mnie nie wierzyli😊

MG : Uczenie się bezsensownych rzeczy (do teraz znam nazwy większości reakcji, po co?). A na zawodach, na 2 etapie przesunęłam źle nawias przepisując brudnopis i straciłam parę ładnych punktów na nieorganie. Nic się nie stało, ale na przyszłość warto takich rzeczy pilnować.

HK : Największym błędem była redukcja NaBH4 która z ketonu na zawodach dała mi alkan psując całą syntezę, przez co straciłem wiele czasu na drugim etapie. Zaś w tegorocznym finale bardzo bolał mnie podpunkt z absorbancją polianiliny – zapomniałem o fakcie, że światło absorbowane i barwa nie są jednak takie same. Co do innych błędów, chyba udało mi się ich uniknąć, Patryk podczas przygotowań zwraca uwagę czego na pewno nie robić podczas rozwiązywania zadań.

: Teraz nie czytałabym podręczników licealnych, a przeszła od razu do Chemii Ogólnej Atkinsa. Liczyłabym też dokładniej “zgięcia” we wzorach szkieletowych, bo na tym straciłam masę punktów w tym roku. 

  1. Pamiętasz dzień wyników po II etapie, w którym stało się jasne, że jesteś w finale?

DP : Jak najbardziej. Pojawiły się dwa dni przed osiemnastymi urodzinami i pozwoliły nareszcie odetchnąć pełną piersią – czułem, że napisałem drugi etap zdecydowanie poniżej swoich możliwości i miałem świadomość, że znów będę na granicy przejścia. Tym razem znalazłem się ponad czerwoną kreską i po dwóch latach pracy zostałem finalistą olimpiady. Wbrew pozorom nie odczuwałem euforii, raczej ogromną ulgę, głównie ze względu na zbliżający się wielkimi krokami finał.  Udzieliła się ona natomiast po wynikach finału tak, że przez całą noc nie zmrużyłem oczu 😄

MG : Tak, tak. Nie było mnie od prawie 2 tygodni w domu, gdyż zrobiłam wypad do mojej kuzynki na drugi koniec Polski na zdalne nauczanie. Rano dostałam informację od mojej koleżanki Klaudii, że ich Komitet wysłał im wyniki. Niestety u mnie się jakoś nie spieszyli i mogłam się dowiedzieć o moim przejściu dopiero wieczorem. Cała rodzina od strony taty była przy nas, kiedy razem z bratem dowiedzieliśmy się o naszym sukcesie. Chyba ucieszyli się oni nawet bardziej ode mnie.

HK : Oczywiście! Obstawiałem, że wyniki pojawią się wieczorem cały czas odświeżając stronę na Facebooku, jednak rano dostałem maila od przewodniczącego mojego okręgu – już o 8 rano wiedziałem, że jestem zakwalifikowany. Początkowo nie pamiętałem swojego numeru startowego (w pierwszej chwili źle odczytałem…) jednak, gdy już wszystko było wiadome radość była nie do opisania!

: Bardzo dokładnie, paradoksalnie pamiętam to tak dobrze nie przez same wyniki, a to, że byłam wtedy na kilkudniowym treningu jeździeckim w mojej ulubionej stadninie. Zaraz po sprawdzeniu wyników pobiegłam do mojej koleżanki, z którą byłam na zgrupowaniu i mgliście tłumaczyłam o co chodzi. 

  1. Wymień największe swoim zdaniem korzyści wynikające z samego startu w Olimpiadzie, w kontekście studiów lekarskich lub innych. 

DP : Z pewnością sam fakt bycia przyjętym na uczelnie medyczne lub chemiczne praktycznie w całym kraju bez względu na wyniki matur jest ogromnym udogodnieniem i sowitą zapłatą za włożony trud, szczególnie dla ludzi raczej nie przepadających za kuciem biologicznych podręczników. Ponadto uczelnie oferują olimpijczykom różnej wielkości stypendia, które zwykle wystarczą na opłacenie mieszkania i ułatwiają wdrożenie się w życie akademickie.

MG : Zdecydowanie to, że jest już lista uczelni medycznych do których się dostałam. W 3 klasie mogę dlatego na spokojnie podejść do matury rozszerzonej z matematyki oraz biologii (której za chiny nie umiem). Jeszcze cudowne jest to, że na większości (o ile nie na wszystkich) uczelni dostaje się w różnej wielkości stypendium podczas 1 roku studiów. Z tego co słyszałam to zależnie od miasta kwoty wahają się od 500-2000 zł miesięcznie. Na pewno jest to w stanie odciążyć nas i rodziców.

HK : Od października zaczynam studia w Poznaniu. Myślę, że tutaj styczność z nieco cięższym niż „maturalny” trybem nauki oraz gorący okres przed drugim etapem porównywalnym do sesji będą stanowiły cenne doświadczenie w ciągu dalszej edukacji. 

: O ewentualnych korzyściach będę mogła mówić dopiero jak będę na studiach. 😀

  1. Najlepsze wspomnienie z OlChemu?

DP : Oj, było ich wiele. Długie godziny zajęć do późnej nocy, cotygodniowe zajęcia na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecność w wielkiej olimpijskiej wspólnocie, możliwość rozmów i dyskutowania przede wszystkim z olimpijczykami, bo nie ukrywam, bardzo mi tego brakuje u siebie w Mielcu. W klasie II natomiast współpraca i wielogodzinne klepanie zadanek z resztą finalistów Patryka, dzięki czemu nauka do finału była zabawą i przyjemnością. Ponadto, a może w szczególności, dzień wyników finału i wiadomość, że pomimo wyniku w granicach 60 pkt znalazłem się w top 30 kraju a zaraz później telefon od Marysi z gratulacjami, które rozciągnęły się na bite dwie godziny rozmowy – jak wspominałem wyżej, miesiącami tłumione emocje dały o sobie znać następnej nocy a gdy już udało mi się zamknąć oczy, gdzieś koło godziny 3 dzwoni przyjaciel z gratulacjami😄. Takich chwil się nie zapomina.

MG : Spotkania “naukowe” z innymi finalistami Olimpiady. Dzięki inwencji Daniela, przez prawie miesiąc robiliśmy niemal codzienne spotkania po parę godzin. Siedzieliśmy sobie sami w 4 rozwiązując zadania z Olimpiady Międzynarodowej. Była to super okazja aby się razem pośmiać i poznać. Na pewno dzięki temu, gdziekolwiek pojadę w Polsce, znajdę tam jakiegoś “Olchemika” do rozmów.

HK : Moment kiedy policzysz punkty po drugim etapie, a potem okazuje się, że pomyliłeś się zaledwie o 2 punkty, jednocześnie będąc w pierwszej 30 zawodników.

: Chyba przygotowania do etapu laboratoryjnego, którego zresztą niestety nie było w tym roku. Lubię gotować, a przecież ,,Chemistry is like cooking, just don’t lick the spoon!”.

  1. Jak wpłynęła na Ciebie informacja z wyników, kiedy okazało się, że finał jeszcze nie dla Ciebie?

DP : Szczerze mówiąc jadąc na zawody raczej nie nastawiałem się, że przejdę, będąc świeżym olimpijczykiem bez większego doświadczenia chociażby w pracy w laboratorium. Jednak wynik okazał się być całkiem przyzwoity jak na pierwszą klasę, sam byłem bardzo zaskoczony 15 punktami z części laboratoryjnej, która wyjątkowo sprawiła ogromne problemy ludziom. Mimo lekkiego żalu głównie wynikającego z sporej ilości błędów własnych, które nie powinny były się pojawić to jednak utrwaliło mnie to w przekonaniu, że mam o co walczyć i pozwoliło nabrać ogromnej pewności siebie – rok później wiedziałem już czym jest olimpiada, jak zachować zimną krew w sytuacjach kryzysowych, jak rozdysponować czas i mądrze dobrać strategię w czasie zawodów. 

MG : Tylko raz startowałam w olimpiadzie, także nie do mnie pytanie. 

HK : Spodziewałem się takiego rezultatu, jednak już wiedziałem, że to cenne doświadczenie zdobyte na drugim etapie będzie bezcenne w dalszych przygotowaniach. 

: W pierwszej klasie nie przeszłam 1 etapu, było mi trochę przykro. Z drugiej strony mogłam pojechać z klubem narciarskim na ferie (drugi etap odbywał się akurat podczas zimowych wakacji dla mojego województwa). Sama wiem, że wtedy nic bym nie zawojowała na olchemie, a straciła świetne 2 tygodnie treningów ze znajomymi. 

  1. Jak według Ciebie powinno traktować się porażki poniesione na OlChemie?

DP : Porażki są nieodłączną częścią naszego życia i najrozsądniejszą opcją jest zastanowienie się gdzie tkwi problem i wyciągnięcie z nich wiedzy na przyszłość. Z drugiej strony bardzo trudno zachować spokój kiedy masz świadomość, że odpadając z zawodów na II etapie w klasie maturalnej do egzaminu dojrzałości zostało kilka miesięcy i niestety musisz po morderczych miesiącach pracy zresetować się i skupić na nadchodzącej maturze. Jest to chyba najsmutniejszy obraz olimpiady, o którym łatwo się zapomina. Jednak myślę, że sam start w olimpiadzie jest cenną lekcją i ewentualna porażka, odważnie i mądrze przyjęta, uczy pokory i bezsprzecznie jest źródłem życiowego doświadczenia z którego będziemy przez lata czerpać.

MG : Dzięki porażkom, lepiej zapamiętujemy błędy, dzięki czemu możemy ich w przyszłości nie popełniać. Zresztą, nie należy tego nazywać porażkami. Tak jak Edison, który starając się wynaleźć żarówkę mówił, że nie odniósł porażki, ale odkrył tysiące błędnych rozwiązań. 

HK : Moim zdaniem najlepiej jest je wszystkie zapisywać, nie ważne co to będzie. Potem można otworzyć „zeszyt błędów” przed kolejnym etapem i wiedzieć czego na pewno nie robić.

: Zawsze staram się podchodzić do życia na zasadzie “nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Po prostu nie traktujmy olimpiady jako głównego celu życiowego, a wtedy porażki będa łatwiejsze do przejścia.  

  1. Czy Olimpiada jest dla każdego?

DP : Olimpiady przedmiotowe to bez wątpienia sport – niczym w maratonie długie lata pracy i treningów sprowadzają się do kilku godzin zawodów, w których liczą się nie tylko umiejętności ale także strategia i dyspozycja dnia. Stąd też można zapytać inaczej – „Czy sport jest dla każdego?”. Wracając zaś do samej olimpiady, myślę że największą przeszkodą jesteśmy my sami i nasza mentalność – jeśli ktoś z góry zakłada, że nie poradzi sobie i olimpiada nie jest dla niego, to z dużą dozą prawdopodobieństwa już na starcie skreśla swoje szanse. Z drugiej strony trzeba się przygotować nawet nie na jakieś heroiczne, tytaniczne poświęcenie (licea czteroletnie są pod tym względem znacznie przyjemniejsze dla olimpijczyków, bo czas przygotować można rozciągnąć sobie o tak naprawdę dwa lata dłużej) co na systematyczność i sumienność bo jednak bez tego ciężko marzyć o finale. Olimpiadą (czy przedmiotem) trzeba się po prostu zafascynować, gdyż nabierzemy wtedy swego rodzaju łaknienie wiedzy, w innym wypadku klepanie zadanek szybko staje się nudne i monotonne. Odpowiadając na pytanie – w mojej opinii tak, olimpiada jest dla każdego kto tego prawdziwie chce, z różnych powodów (każdy ma swój subiektywny sposób patrzenia na cel ostateczny jakim jest finał/tytuł laureata). Rzeczywiście, każdy ma inne doświadczenie z konkursami, inne warunki rozwoju i jedni już od początku będą czuć swobodę i łatwość przyswajania materiału, innych będzie to kosztować więcej czasu i pracy. Ale wydaje mi się, że kluczem do sukcesu są nieustępliwość i pracowitość a one w dużej mierze zależą od nas samych.

MG : Nie, nie jest. Nie każdy ma tyle zaparcia w sobie i energii do podążania za wyznaczonym celem.

HK : Generalnie powiedziałbym, że tak. Jednak tutaj wskazałbym wyjątek: Olimpiady nie można traktować wyłącznie w sposób innej drogi na studia – wtedy można się szybko wypalić. Sukces w dużej mierze zależy tutaj od ciężkiej pracy i poświęconej liczby godzin na przygotowania.

: Myślę, że tak. Różnorodność olimpiad jest tak duża, że każdy znajdzie coś dla siebie – jak nie chemia to historia. Podobno jest też olimpiada wiedzy o mleku i mleczarstwie, albo wiedzy o żywieniu i żywności, która daje 100% z biologii na niektórych uczelniach medycznyc

  1. Gdybyś teraz miał startować do Olimpiady – od jakich książek byś zaczął/ęła?

DP : Pominąłbym podręczniki licealne i zamieniłbym je na Atkinsa Ogólnego a potem mój ulubiony McMurry (SZUKAJCIE IX EDYCJI)

MG : Zgodzę się z Hubertem. Tylko w odwrotnej kolejności 🙂 

HK : McMurry i Atkins (Chemia ogólna) to moim zdaniem dwie złote pozycje.

: Zgadzam się z Marysią i Hubertem.

  1. Czy gdyby cofnąć czas – wystartowałbyś/ałabyś jeszcze raz w Olimpiadzie? Biorąc oczywiście pod uwagę serię wyrzeczeń, poświęcenia i ogromu ciężkiej pracy z jaką to się wiązało?

DP : Z pewnością tak. Olimpiada bardzo szybko stała się moją wizytówką, częścią mnie, jedynym pomostem kontaktu z ludźmi pełnymi pasji, ambicji i chęci do sięgania dalej niż to co na wyciągnięcie ręki. Była dla mnie oderwaniem się od szarej, trudnej rzeczywistości i celem samym w sobie. Ponadto olimpiady, mimo że często kompletnie nieprzydatne w pracy naukowej, to jednak kształtują wiele cennych umiejętności jak pracowitość, cierpliwość, systematyczność, sumienność, umiejętność skupienia się przez dłuższy czas i dysponowania nim. Owszem, wymagają mnóstwo sił i mimowolnie wpędzają nas w wir rutyny i monotonii, stąd też patrząc przez pryzmat tych dwóch lat, zachęcam do tego by nie rezygnować przy tym z drugiego człowieka i chociażby raz w tygodniu oderwać się na chwilę od książek i wyjść ze znajomymi, bo kiedy opadnie już olimpijski kurz, całe miesiące pracy zlewają się w jeden blok życia do którego raczej nie wracamy wspomnieniami, a życie mija bezlitośnie bez szalonych, niezapomnianych chwil z młodości. Co do mnie, cieszę się, że dzięki niej mogłem dalej się rozwijać i nie zatracić wypracowanego przez lata sposobu życia. Pewnie gdyby nie chemia, zająłbym się fizyką lub wcześniej wróciłbym do matematyki. Jednak nie żałuję swoich decyzji a pandemia jedynie utwierdziła mnie w przekonaniu, że otrzymaną szansę należy wykorzystać, co też uczyniłem.

MG : Z racji na pandemię- tak. Nie było przecież możliwości spotkań, zaangażowania się w życie szkolne. W innym wypadku? Szczerze mówiąc sama nie wiem. Chyba tak, gdyż posiadanie indeksu na pewne uczelnie oraz szansa poznania wielu ludzi jest złotem.

HK : Zdecydowanie tak, jako tegoroczny maturzysta czuję wielki niedosyt widząc tegoroczny folder 68. edycji, z racji na brak etapu centralnego w Warszawie… Jednak każda minuta i każde potknięcie podczas tej trzyletniej drogi do finału etapu była warta. Cenne doświadczenie, poznani ludzie, zawarte znajomości, wolny wstęp na studia czy stypendia to tylko niektóre z plusów, które można zdobyć biorąc udział w Olimpiadzie.

: Uważam podobnie jak Marysia, pandemia dała mi cenny czas, który spożytkowałam akurat na przygotowania do olimpiady. 

Leave a Reply