Z jakich książek ja się uczyłem? – III klasa

Polecam zacząć czytanie od Z jakich książek ja się uczyłem? – II klasa

FW = folder wstępny

Wychodząc z bądź co bądź nieudanego II etapu w drugiej klasie miałem uśmiech na twarzy. Cieszyłem się z tego,  że się nie dostanę, bo o tym byłem przekonany. Ale w mojej głowie wszystko się poukładało i wykrystalizował się pomysł dalszej nauki, o której skuteczności byłem przekonany. Inaczej mówiąc – nauczyłem się na błędach. Nabyłem ogromnego doświadczenia.

Dlatego nie przejmujcie się porażkami jakie napotkacie na swojej drodze. Możecie odpaść na I czy II etapie, spokojnie, nieważne. Wrócicie za rok silniejsi. Zdobywacie bezcenne doświadczenie.

Jako, że I etap już przeszedłem w tym roku, ten etap nie był już priorytetem w III klasie. Nie uczyłem się zatem pod kątem I etapu, jedynie wyznaczyłem sobie cel osiągnięcia w nim top 90 w kraju, aczkolwiek nie sugerujcie się tym aż tak bardzo (więcej o tym w O mnie – cz. II ).

Najważniejsze co do zapamiętania to technika uczenia się ,, o krok wyżej”. Jeżeli nie jest tak, że zostało Wam miesiąc czy dwa do przygotowań, a bardziej pół roku czy rok (jeśli ktoś odpada w II etapie i startuje dopiero w kolejnym roku szkolnym) to idąc na I etap, powinno się być przygotowanym prawie jak na II etap, ta sama zasada obowiązuje przy podejściu do najważniejszego, II etapu.

Jeżeli już przeszedłem I etap, to nie ma sensu uczenie się pod jego kątem, ani też śrubowanie wyniku (jeszcze ,,za moich czasów” można się było odwoływać także po I etapie i zawsze była drobna beka z osób, które składały odwołanie mając 81 pkt, żeby mieć 82,5 pkt, przy progu 48 pkt… Ja w sumie też się mogłem odwołać co do kilku rzeczy po I etapie i się przesunąć o kilka oczek w górę, ale ja sam to wiedziałem, że umiem  na więcej i tyle mi wystarczy). Trzeba się wówczas uczyć do najważniejszego celu, aby zostać finalistą.

Nie znaczy to oczywiście, że do I etapu podchodziłem w sposób ignorancki, co to to nie. Ponownie przerobiłem wszystkie zeszłoroczne I etapy oraz FW części A. Zobaczcie sobie na wyniki – prawie nikt nie osiąga na I etapie 100 pkt (zdarza się to naprawdę rzadko). Zatem zawsze jest coś do poprawy, zawsze czegoś nie wiecie, nawet jeśli to tylko I etap.

Co zatem robiłem?

Zacząłem od swojej największej słabości – to też bardzo ważna zasada, przeniesiona z niektórych sportów. Jeśli jest dużo czasu do zawodów, to należy zacząć przygotowanie od tego, w czym jesteśmy najgorsi. 

Dla mnie była to zdecydowanie chemia analityczna. Bardzo, ale to bardzo zdenerwował mnie mój słaby występ z tego działu, więc postanowiłem szaleńczo robić każde zadanie, jakie tylko wpadło mi do ręki – uzbroiłem się w następujące książki :

  1. Galus – Ćwiczenia rachunkowe z chemii analitycznej => był luty, więc do pojawienia się FW było bardzo daleko, zresztą wspominałem, że ja i większość osób nie traktowała tych zadań jako wyrocznię i przywiązywało się do niego mniejszą wagę. Zacząłem przerabiać wszystko, co pojawiało się w zeszłych latach na olimpiadach. Zrobiłem prawie cały 4. rozdział + trochę elektrochemii  i miareczkowania (za miareczkowaniem wówczas wybitnie nie przepadałem, więc czekałem z tym na finałową laborkę albo FW i złapałem tylko podstawową wiedzę, żeby w razie czego nie zginąć jeśli się to pojawi), przerabiając około 85% zadań stamtąd.
  2. Hulanicki – Reakcje kwasów i zasad => bardzo fajna książka, dużo pomogła mi w zrozumieniu wzorów i ich wyprowadzaniu. Wreszcie rozumiałem, skąd się biorą te wzory i to dosłownie na każdy przypadek ważny na olimpiadzie. Jedyne co, że jest tam mało zadań i nie są twórcze, tylko jedynie pomagają utrwalić ,,metodę”. Ale też spoko. Tu zrobiłem tylko kilkadziesiąt zadań.
  3. Śliwa – Obliczenia Chemiczne => baardzo dobra książka, polecam, ponieważ jest dużo zadań z pełnymi rozwiązaniami. Do dziś pamiętam jedno zadanie, gdzie było x^{10} , które co prawda można było sprowadzić do równania dwukwadratowego, ale w książce tego nie zauważyli akurat. Tak czy inaczej jest tutaj ogrom zadań do przećwiczenia. Również zrobiłem cały rozdział dotyczący wszystkiego związanego z obliczaniem pH, rozpuszczalności, kompleksów. Padło około 80% zadań.
  4. Andrzej Persona – zbiór zadań z chemii ogólnej i analitycznej => to jest też spoko, jest tutaj wiele zadań godnych uwagi, a do tego są pełne rozwiązania zadań. To była dobra książka, ponieważ wówczas wciąż czułem u siebie ,,luki w wiedzy”, co polegało na takiej dziwnej dysproporcji kiedy wiedziałem i umiałem wyjaśnić np. co to jest reakcja Hella-Volharda-Zielinskiego, a nie czułem się komfortowo w rysowaniu wzorów Lewisa, co jest przecież absolutną podstawą. Ta książka pomogła mi uzupełnić te luki, ale tutaj zrobiłem zaledwie 300 zadań.

Pamiętam, że kupiłem te książki jednym ciągiem, najpierw podliczyłem ile mniej więcej zadań mam do zrobienia – wyszło coś koło 2600 zadań. Niektóre zadania były prościutkie i robiło się je w minutę, niektóre z Galusa były zaporowe i siedziało się nawet 20 minut nad jednym, ale powiedzmy, że 5 minut na jedno zadanie (i to uważam niezłe tempo jest!), to wychodzi, że na przerobienie wszystkich potrzebuję 217 godzin. Średnio dziennie uczyłem się 8h, co oznaczało 27 dni robienia analitycznej non-stop.

Dzień w dzień dopisywałem kolejną liczbę zadań jaką zrobiłem, aż w końcu, gdy dobiłem do 1800, zrezygnowałem, ponieważ poczułem, że te zadania przestają wnosić cokolwiek dobrego, a ja sam przestaję się polepszać. Uznałem, że wystarczy. Tak czy inaczej, to było około 150h robienia analitycznej, ale potem to się odpłaciło.

Nie chcę tutaj zastraszać liczbą przerobionych zadań ani godzinami przesiedzonymi tylko nad przygotowaniem do jednego zadania olchemowskiego. Wówczas miałem ogromną motywację i chemię po prostu lubiłem, więc nie musiałem się do tego za specjalnie zmuszać. Teraz w życiu nie doradzałbym nikomu czegoś takiego, ponieważ po 8 latach doświadczenia wiem jak lepiej zużytkować ten czas.

Potem zająłem się kolejną słabością : nieorganiczną.

  1. Bielański – Podstawy chemii nieorganicznej => no nie czyta się tego fantastycznie, ale pokażcie mi książkę do nieorganów, która jest wciągającą lekturą ze zwrotami akcji i barwnymi bohaterami… Przeczytałem dwa razy rozdziały o pierwiastkach. Praktycznie wszystkich, nie licząc bloku f (stamtąd tylko Cer).
  2. Kolditz – Chemia nieorganiczna => ciężko dostępna książka, ale czyta się ją najlepiej. Ta jest naprawdę spoko. Niektórzy mówią, że dobrze zrobiony Kolditz to 20 punktów na II etapie.
  3. Housecroft – Inorganic Chemistry => zamówiłem sobie tą książkę ze Stanów i to była taka średnia decyzja. Zrobiłem notatki na 150 stron A4 i coś z tego zapamiętałem, nie ukrywam, a na finale wpadły mi też punkty za właśnie związki, które pamiętałem z tej książki. Jeśli jednak ktoś nie zna angielskiego na poziomie C1 lub bardzo mocnym B2 to raczej odradzam.

Oprócz tego mocno skupiłem się na obliczeniach i szukałem sposobów na ,,ludzkie” rozwiązywanie zadań z tego działu, które nie opierały się na wykuciu na blachę książek z właściwościami związków. Szukałem złotego środka pomiędzy ilością wiedzy do przyswojenia (jak najprostszej) a umiejętnościami obliczeniowymi.

Fizyczna – tutaj bez zmian, ponieważ przygotowanie miałem dobre. Także po prostu Atkins.

Organiczna :

  1. Clayden – Chemia organiczna (głównie tom 1 + 2) => poprosiłem o te 4 tomy na święta. Do dziś nie widziałem piękniejszej książki niż te. Wzory chemiczne na czerwono, sam ten fakt niewyobrażalnie mi się spodobał. Wychodzę z założenia : tom 1 + 2 na II etap, natomiast tomy 3 oraz 4 są na zagadnienia z FW oraz finał. Znam osoby, które cisną od razu 4 tomy, w efekcie nie zapamiętując tego tak dobrze, ponieważ nie starcza im czasu na powtórki, a potem wynik słaby. Książka jest rewelacyjna, ponieważ łamie schemat 99% innych książek (czyli, węglowodory, benzen, alkohole, ketony itd.). Tutaj od razu zaczynamy od substytucji nukleofilowej w grupie karbonylowej – coś pięknego. Reguła Markownikowa nie jest na blachę – ona jest wytłumaczona, a nazwa podana w ramce z ciekawostką. Tu nie jest ważne posiadanie wiedzy, tylko rozumienie całej chemii organicznej. Nie polecam tej książki jako pierwszej. Uważam, że najpierw Murry, potem Clayden. Tomy 1 oraz 2 przeczytałem do II etapu trzy razy, ale za to mogę powiedzieć, że rozumiałem i pamiętałem z nich 99%.
  2. Murry – Chemia organiczna (tomy 1-5 oraz zbiór zadań) => naukę organicznej zacząłem od powtórki Murry’ego, potem zrobiłem pierwsze czytanie Claydena, jeszcze raz Murry i potem znów Clayden. Po czymś takim z organicznej czułem się niezniszczalny.
  3. Kołodziejczyk – naturalne związki organiczne => to dokupiłem, ponieważ w FW miałem peptydy i chciałem o nich więcej doczytać. Całkiem w porządku książka, ale nie jakiś tam niezbędnik. Dla chętnych i to najlepiej jeśli jest coś o tym (cukry, peptydy, lipidy) w FW.

I takie było moje przygotowanie – oprócz tego przerobiłem oczywiście wszystkie zadania z poprzednich lat. 3 razy (bo rok temu raz już to zrobiłem). Mówię tu o FW części A oraz B, I, II oraz III etapy (etap I oraz FW część A przed I etapem, reszta przed II, oprócz jeszcze IChO, te rozłożyłem sobie w czasie całego roku) . Do tego przerobiłem wszystkie zadania z Olimpiady Międzynarodowej edycje 1 – 40. 2 razy. Przy czym tutaj dużo zadań pomijałem, ponieważ u nas takiej tematyki nie ma wcale albo musi być sygnalizowana w FW (np. izoterma Langmuira).

Ja jestem akurat typem zawodnika, który lubi robić dużą liczbę zadań, żeby konsolidować wiedzę. Zresztą na II etapie to właśnie zadania się rozwiązuje a nie odpowiada na pytania teoretyczne z książek na sprawdzenie czy ją przeczytałem. Są takie osoby, którym wystarcza zrobienie tylko kilku zadań i tak też jest w porządku (tak jak ,,kolega z forum” , który mówił mi, że przed II etapem zrobił chyba 3 albo 4 poprzednie edycje. Dla mnie to było nie do pomyślenia, kompletna abstrakcja). Sami musicie odpowiedzieć na pytanie, jakim typem zawodnika jesteście. Ja po prostu wierzyłem w zasadę, że sukces = 10% talent + 90% ciężka praca. Zakładałem najbardziej niekorzystny wariant, że każdy ma większy talent ode mnie, więc ja muszę ciężej pracować od nich. Jeśli ktoś się uczył 3h dziennie, to ja będę leciał minimum 6h.

Zresztą, będąc w III klasie nie można już ryzykować i trzeba się przygotować jak do najważniejszego egzaminu w życiu.

It’s Not Whether You Get Knocked Down, It’s Whether You Get Up.” –Vince Lombardi

Leave a Reply