O mnie – cz. II

Zapraszam na kolejną część mojej przygody z OlChemem

Jeśli jeszcze nie czytałeś/aś to zapraszam najpierw tutaj : O Mnie – cz. I

Trzecia klasa liceum to zupełnie inna historia. Koledzy w klasie powoli budzą się z wakacyjnego snu, niepewnie snując plany przygotowań do matury, ale jeszcze we wrześniu, a większość do stycznia, aż tak bardzo się tym nie przejmują. Studniówka – o, to była rzecz, jaką się należy przejmować. Strona żeńska zadawała sobie pytanie : ,, jak się ubrać i nie mieć tej samej sukienki, co jakakolwiek inna koleżanka” , natomiast płeć nie tak piękna dumała nad kwestią logistyki wniesienia na salę procentowych napojów.

U mnie natomiast rozpoczęcie nowego roku nie zmieniło zbyt wiele, na minus tylko, że nie było czasu chodzić na orlik, co negatywnie odbijało się na liczbie kilogramów, które podstępnie przygniatały mnie do ziemi (a i do fotela naukowego również).

Folder wstępny się pojawił, lekki strach pomieszany ze stresem także.

Mój główny problem polegał na tym, że postawiłem wszystko na jedną kartę. Nie miałem planu awaryjnego, chociaż czasem chciałem się oszukać, że może go posiadam. No bo przecież II etap kończy się pod koniec stycznia, zatem w razie czego będę miał czas na biologię od lutego do maja, czyli jakieś 3,5 miesiąca.

Teraz jak na to patrzę i analizuję, to rzeczywiście istnieje plan awaryjny, co stanowi kolejny argument za poświęceniem się na rzecz Olimpiady. Ucząc się na drugi etap, masz już opanowany cały licealny materiał z chemii rozszerzonej. Pozostają pojedyncze działy, które są na maturze, a raczej rzadko pojawiają się na OlChemie jak np. orbitale.

Tak dosłownie na szybko, bo przecież to wbrew idei tej strony – plan awaryjny jest taki :

  • po przerabianiu materiału niewyobrażalnie bardziej zaawansowanego, chemia licealna jest dla Ciebie banalna, więc już jesteś na poziomie co najmniej 85% bez żadnego przygotowania pod kątem matury. Teraz kwestia dosłownie dwóch tygodni na przerobienie Witowskiego, żeby zapoznać się z typem zadań, jakie pojawiają się na maturze. Naprawdę, więcej czasu nie trzeba. Po przerobieniu chociażby Murry’ego, który ma 1200 stron, zrobienie Witowskiego to jest jakiś dowcip i idzie to błyskawicznie.
  • Czyli zostają nam trzy miesiące do matury. Chemię zrobisz na >90% bez problemu, przyjmijmy negatywny wariant, że zdobędziesz właśnie 90. Pozostaje 80% czy nawet mniej z biologii. To naprawdę nie jest wielki wyczyn. Problem w maturze z tego przedmiotu zaczyna się wtedy, gdy trzeba pisać na bardzo wysoki procent. Na te 80% idzie się nauczyć, ale są to trzy miesiące ciężkiej pracy.
  • Twoją największą siłą i przewagą nad innymi pozostaje to, że w trakcie przygotowań do OlChemu byłeś/byłaś studentem i duża ilość materiału ani regularność nie jest dla Ciebie problemem, zatem pozostaje jedynie kwestia kontynuowania tych dobrych nawyków. Nie ma opcji, żeby się nie udało. Przypominam, że te widełki 80% to jest max i raczej na pewno wystarczy mniej.
  • Piszę to z jednego tylko powodu – abyś nie bał się uwierzyć i podążył olimpijską ścieżką. Trzeba postawić wszystko na jedną kartę (jeśli jesteś w 3. klasie, bo inaczej niczym nie ryzykujesz). W razie czego i tak spadniesz na cztery łapy.

Niemniej jednak, ja czułem się dokładnie tak, jakbym stawiał wszystko na jedną kartę. Może też dlatego, że samej biologii nienawidziłem szczerze. To jest czysta pamięciówa, mało tu rzeczy, które są logiczne lub do samodzielnego wykombinowania. A ja nigdy nie byłem dobry w uczeniu się na pamięć, a właśnie tak matura z biologii wygląda – wykuj tak, jak chcą, żeby było w kluczu. Kto zrobi to precyzyjnie, słowo w słowo, ten dostanie lepszy wynik.

Zaczęły się przygotowania do I etapu. Już rok temu go przeszedłem, więc teraz to była formalność – cel poboczny, bo jako główny ustawiłem sobie uplasowanie się w top 90, bo tyle osób zwykło przechodzić ostatecznie do finału.

Pamiętajcie jednak, że rezultat po I etapie nie ma żadnego przełożenia, na to co będzie dalej. Bo osobiście znałem dwa skrajne przykłady: w 2. klasie siedziałem na zawodach obok gościa, który po pierwszym etapie miał 95 pkt!, a zatem żaden przypadek, koleś musiał być bardzo mocny, a potem do finału się nie dostał (i nigdy się nie dostał niestety, był wtedy w 3 klasie). A przecież on po tych pierwszych wynikach mógł nawet myśleć o międzynarodówce!

To na marginesie powód do ciekawych rozważań, które da się szybko streścić i wytłumaczyć smutnym stwierdzeniem, że ten konkurs to prawdziwa olimpiada – o ostatecznym sukcesie decydują również takie ,,detale” jak strategia rozwiązywania zadań, analiza folderu wstępnego, bezpośrednie przygotowanie przed zawodami czy też dyspozycja danego dnia, podczas zawodów. Nie są to jednak rzeczy, które powinny zniechęcać, bowiem z odpowiednim przygotowaniem te z pozoru niezależne czynniki redukuje się do zerowego znaczenia. Drugi przykład to mój kolega z klasy, który w trzeciej klasie po I etapie był w granicach 250 – 300 miejsca, nie pamiętam aż tak dokładnie. A potem co? Finał.

Aczkolwiek jakąś tam prawidłowością jest fakt, że Ci z przodu tabeli statystycznie dostają się do finału dużo częściej niż osoby z tyłu. Ja to traktowałem jedynie w kategorii : jak będzie top 90 to super, teraz tylko trzeba umocnić pozycję, ewentualnie wspinać się do przodu, ale jeśli się nie uda, to spokojnie, po prostu dalej rób swoje, to też swojego rodzaju motywacja!

Szkoła wygląda tak, że staram się ją maksymalnie olewać. Mam nadzieję, że oburzeni rodzice nie zabronią Wam czytać dalej. Bo owszem, jest to nieco niestandardowe podejście. Ale jak dla mnie było konieczne. Wówczas byłem już tak mocno ufiksowany na poziomie tej olimpiady, że chemia była wszędzie. Każdy przedmiot oprócz matmy (bo lubiłem, plus przydaje się na OlChemie) oraz polskiego (z powodów wspomnianych w pierwszej części postu O Mnie -cz. I) to siadanie w ostatniej ławce z kalkulatorem i liczenie zadań. Zresztą ja nawet miałem dwa zeszyty zawsze w plecaku : ,,do polskiego”  i ,,do wszystkiego” , co oddaje powagę sytuacji. Pamiętajcie – nie obciążajcie bezsensownie swoich kręgosłupów!

Tak czy inaczej, szkolne lekcje to było jedynie robienie chemii na trochę mniejszej wydajności, bo ciągle w tle coś skrzeczy. Plus trzeba się wyczulić na zwroty ostrzegawcze typu ,,do tablicy idzie…” czy własne imię.

Pierwszy etap ugruntował moją pozycję, a ja osiągnąłem w nim to, co chciałem czyli top 92 ( a w zeszłym roku dokładnie tyle osób się dostało, po odwołaniach). Miałem 75/100, organiczna prawie zmaksowana, bo 38/40, a te 2 punkty odleciały za brak wiedzy o purynach i pirymidynach, co wówczas postrzegałem jako wiedzę bardziej biologiczną w kontekście DNA. Ale trudno. Na minus na pewno słaba nieorganiczna, w której popełniłem absurdalny błąd, bo w obliczeniach wyszła mi sól Na_{4}S_{2}O_{6} \cdot 14 H_{2}O   i zamiast to podzielić na 2… Dużo punktów mi przez to zleciało, zmartwiła mnie jednak przede wszystkim fizyczna. Zadanie było jednak według mnie źle dopracowane, jeśli kogoś ciekawi dlaczego, to z chęcią wyjaśnię. Mowa o zadaniu trzecim z I etapu 59. edycji.

Fizyczna poszła bardzo źle, bo to było tylko 9/20 pkt, zwłaszcza, że rok temu dostałem 17,5 , a kurczę, byłem wtedy o wiele, wiele, wiele gorszy niż teraz. Niedobrze. Trzeba będzie to poprawić.

Dobry wynik po I etapie bardzo dobrze wpłynął na otoczenie, bo oto ludzie wokół zaczęli traktować mnie poważnie i w szkole mogłem sobie już pozwolić na więcej. W końcu na lekcjach rozwalam zadanka, a nie siedzę np. na telefonie, więc trochę głupio się w sumie do mnie przyczepić…

Trzeba było się już szykować do II etapu, co oznaczało laborkę. Zdecydowanie najtrudniejsza część dla mnie, bo przede wszystkim nasze laboratorium i większość szkół generalnie, nie jest zbyt bogato wyposażona. To był też powód, dla którego zmniejszyli laborkę z 50 pkt do 30 pkt i stała się dużo łatwiejsza. Myślę, że to zmiana na plus. Tak czy inaczej, moja 59. edycja to była ostatnia, gdzie jeszcze nas masakrowali tym laboratorium.

Szybka analiza poprzednich edycji ukazuje smutną prawdę – nie jestem w stanie ułożyć w szkolnych warunkach nawet JEDNEJ edycji, żeby sobie to potrenować, czyli zrobić takie pięciogodzinne zadanie. Jak mam się zatem przygotować?

Udało się załatwić przy własnej interwencji zajęcia sam na sam z profesorem chemii w Gdańsku. Wstawało się o 5 rano, żeby tam dojechać, na te 5-6 godzinne zajęcia. Było warto, chociaż to wciąż nie był taki trening stricte do olimpiady. Wiedziałem, że jeśli chodzi o część praktyczną, to pozostaje mi głównie wiedza. Bo bez dotknięcia szkła, również trochę punktów da się zyskać.

Pamiętajcie – nie zawsze w życiu jest tak, że inni ludzie będą myśleć za Was. Chcecie się nauczyć laborki, ale w szkole nie ma jak? Atakujcie mailami, telefonami wszystkie uczelnie, do jakich tylko dacie radę dojechać. Moja nauczycielka nawet nie wiedziała, że ja na coś takiego pojechałem. Nawet nie bardzo podziękowała za to, że udało się załatwić odczynniki za darmo o wartości bagatela 1000 zł.

No więc zrobiłem sobie z Minczewskiego 40 stron A4 notatek i nauczyłem się na blachę, co do słowa, serio. Dawałem mamie, żeby mnie przepytała, odpowiadałem bezbłędnie.

Nowy rok, sylwester. Kiedy za oknami wybuchają kolejne fajerwerki, nawet robię chwilę przerwy, żeby popatrzeć za okno, zza stosu piętrzących się na biurku książek. Dwadzieścia minut kanonady później, wracam do nauki. W sumie jest fajnie, bo i tak bym nie zasnął, więc dłużej wytrzymam z nauką.

Cały styczeń, z rana idąc na autobus, puszczałem sobie motywacyjne kawałki, dające spore zastrzyki energii. Jak mantrę powtarzałem sobie, że DAM RADĘ! Codziennie, bez wyjątku. Ciarki przechodziły mi po plecach, kiedy tylko wyobrażałem sobie, jak siadam już na tej sali i widzę zadania po raz pierwszy.

Dwa tygodnie zwolnienia od szkoły przed II etapem. Kolejny powód, aby iść na olimpiadę. To już jest szaleńcze pałowanie po 10-14h dziennie. Jeden z moich uczniów pobił rekord – 17h w ciągu jednego dnia ( czy ściślej ujmując : od obudzenia do pójścia spać).

Emocje sięgają zenitu. Chemia jest nawet pod prysznicem, bo kiedy paruje szybka, ja zapisuję ją wzorami chemicznymi.

Na forum poznałem jakiegoś gościa, którego posty robiły na mnie piorunujące wrażenie. Przepowiadam mu, że pojedzie na międzynarodówkę. Razem omawiamy sobie strategię, z czego się uczymy, wyjaśniamy razem kwestie, których nie rozumiemy (oczywiście, to on więcej mi tłumaczył).

Jest. Nadszedł ten dzień. II etap. Niemalże 2 lata przygotowań, które sprowadzają się do tych pięciu godzin. Na laborkę bowiem nie liczyłem, musiałem rozwalić teorię.

Z tyłu głowy mam, jak wiele od tego zależy. Babeczka od polskiego już zaciera ręce, gdy usłyszy, że mi się nie udało. Tej z chemii przecież też trzeba pokazać, że jednak jestem dobry z tego przedmiotu. Koledzy i koleżanki nie wierzą, dla nich istnieje tylko matura. U mamy wziąłem ogromny kredyt zaufania – milczała za każdym razem, kiedy przynosiłem kolejne jedynki z przeróżnych przedmiotów. Moje sadło również nie wytrzyma depresji, która się rozwinie, gdy mi się nie uda. No po prostu trzeba się dostać. Nie ma innej opcji.

Podają mi arkusz z zadaniami. Leży już na stole, ja przez sekundę patrzę jednak przed siebie, biorę głęboki wdech, świat na moment się zatrzymuje. Start! Szybko wertuję, czytając tylko tematy zadań, patrząc co tam jest. Sam tytuł już mi wystarczy, żeby zorientować się czy edycja będzie łatwa czy trudna, czy dobrze się przygotowałem.

Pierwsze zadanie – elektrochemia, zgodnie z folderem, ale zadanie wygląda generalnie dużo inaczej. To nie był mój mocny dział, pomimo że się na niego szykowałem. Więc póki co, jest średnio, ale dam radę.

Drugie zadanie – dużo obliczeń, jakiś Pallad się pojawia. Ale raczej ok, chociaż zadanie nietypowe i szykowałem się na coś innego.

Trzecie zadanie – o ja cię pierdzielę. Co to za kosmos!? Kinetyka, spoko, to było, ale absorbancja? Będzie ciekawie.

Czwarte zadanie – węglowodory. Pff, raczej luźno.

Piąte zadanie – jakaś synteza, plus podstawowe widma, ale jakaś dziwna reakcja z Rutenem, której nie znam…Trochę przestraszyło.

Jako, że z organicznej czułem się zdecydowanie najlepiej, zaczynam od czwartego. Po dwudziestu minutach, w brudnopisie mam dwie linijki obliczeń i koniec. Niedobrze, przecież z tego jestem najlepszy… Przerzucam się na piąte. Okazało się, że ta reakcja jest prosta, tylko robi takie złe pierwsze wrażenie. Po dwudziestu minutach zadanie padło w całości, powinno być >16pkt.

Po organicznej najlepiej czułem się z fizycznej, ale jednak to zadanie odstraszało. Zabrałem się za nieorganiczną, wbrew sobie, bo wciąż nie pałałem ogromną miłością do tego działu, aczkolwiek w miarę go ujarzmiłem. Zadanie poszło, Pallad na szczęście czytałem, więc ogarniałem, obliczeniowo stałem dobrze, a to zadanie w dużej części się na tym opierało. Jedna tabelka mnie tylko zmasakrowała, kompletnie nie wiedziałem, o co tam chodzi. Wydawało mi się, że osiągnę 12 pkt, a z nieorganów to był dla mnie próg zdecydowanie satysfakcjonujący.

Wciąż boję się dotknąć fizycznej, więc uderzam w elektrochemię. Męczę, męczę, coś tam udało się zrobić, nawet w ostatnim punkcie zrobiłem pochodną, więc fajnie to wygląda. Ale wynik tu raczej bez szału. Stawiam na około 10 pkt.

Zostało 3 i 4. No dobra, trzeba stawić czoła fizycznej. Może trochę się bałem, przez tą słabą formę na I etapie. Ale kinetyka to mój w ogóle ulubiony dział z ulubionej fizycznej. A na absorbancję też się przyszykowałem, akurat niedawno i bardzo mi się to spodobało. Nawet podobne zadanie robiłem. Więc jedziemy. I tu liczyłem na 13 pkt, więc całkiem spoko, chociaż byłem zawiedziony. Ostatni podpunkt za 7) pkt to jakiś hardkor ostateczny. Po dziś dzień uważam, że to jeden z trudniejszych podpunktów na olimpiadzie w ogóle. Szacun dla tych, co zrobili. Ale pojawił się problem, bo z fizycznej chciałem mieć co najmniej 15-16. A tu wszędzie tracę.

Zostały dwie godziny do końca, pozostałe cztery zadania są już ładnie spisane. Zostało jedno, ale w mojej opinii najtrudniejsze. Miła pani kładzie na moim stoliku kanapki, ja jednak nawet nie patrzę na nie, skupiony tylko na jednej rzeczy. Nie ma czasu na jedzenie! Najem się w domu. To nie restauracja. Nawet mocz mi się cofnął głęboko do pęcherza, bojąc się mi przeszkadzać.

Ale to zadanie to była rozkmina! Za to kocha się organiczną, za właśnie takie zadania, chociaż wtedy nie było mi wcale do śmiechu czy podziwu dla autora zadania. Co ja tam napisałem… Kiedyś jeszcze opowiem tą historię. W mojej opinii, za to zadanie dostanę max. 10 pkt. Jak będą przychylni. Co daje słabe 61/100. Tragedii nie ma, pod warunkiem, że ktoś ogarnia laborkę, a u mnie to wygląda słabo, w większości niestety nie z mojej winy.

I to jest wielka niesprawiedliwość na olimpiadzie. Osoby z super liceów, gdzie rokrocznie wychodzi kilku finalistów/laureatów, którymi opiekują się profesorowie, asystenci, wykładowcy akademiccy robią te laborki na 90 – 100%. Masakrują osoby takie jak ja, które większość odczynników widzi po raz pierwszy na oczy dopiero na zawodach. Stąd dobra zmiana z 50 na 30 pkt. Zasada jest taka : ładujcie swój czas w teorię. Przy tak niskich progach, da się wejść do finału samą teorią, a laborka ma was tylko wspierać. Mówię oczywiście o sytuacji, gdzie nie ma okazji, aby się tego nauczyć czy poćwiczyć.

Wychodzę z teorii, a mój na co dzień stonowany kolega z klasy, Mariusz, rzuca tylko krótkie : ,,Co to k… miało być”? Okazało się, że zadania 3 i 4 to istna masakra, z czego fizyczna w ogóle najgorsza. Tak to zawsze jest z absorbancją.

Tego samego dnia, nocujemy w Gdańsku, a mnie łapie wysoka gorączka, 39 stopni. Proszę kolegę, żeby w razie czego wykopał mnie z łóżka, staram się jeszcze zrobić ostatnią powtórkę ze swoich notatek.

Rano czuję się fatalnie… Nie chce mi się tam iść.

Ale jestem. I co widzę? Dziesięć probówek, każda bezbarwna, z białym osadem na dole. Ja pitolę, nie dali nam nawet zwyczajnych roztworów, tylko analiza osadów. Nigdy nawet takiej koncepcji nie widziałem na żywo w akcji, więc oczywiście wszystko będę robił po raz pierwszy. A że z gorączką człowiek zbytnio nie myśli, to poszło mi tak samo jak się tego dnia czułem.

Wracamy pociągiem, ja się nie odzywam. Jestem załamany, jestem wrakiem człowieka. Wiem, że to koniec. Nie dostanę się. Mama odbiera mnie z dworca, rzucam tylko krótkie : ,,nie dostałem się”.

Sprawdzam rozwiązania – będzie około 75 pkt. Próg rok temu – 88. Czyli nie ma szans.

Kolega z forum pisze, że też mu poszło dramatycznie, a czwartego zadania nie zrobił w ogóle. A rok temu był laureatem. Ale mnie to nie pociesza.

Przez dwa tygodnie mam depresję życia. Anhedonia. Nic mi się nie chce. Powoli zaczynam się uczyć do matury, ale bez przekonania.

Dzień wyników jest w ostatni dzień ferii, piątek. Jestem sam w domu, obudziłem się o dziewiątej. Schodzę na dół, włączam kompa i puszczam cokolwiek w telewizji. Leci jakiś program o surferach. Może być. Co jakiś czas klikam odśwież (kiedyś wyniki dawali wcześniej, teraz jakaś dziwna moda na wyniki po 23:00. Kawa i ciastko same się nie zjedzą/wypiją. Swoją drogą nie rozumiem całej tej filozofii ustalania progu. Bierzemy listę, klikamy żeby uszeregować wg malejącej liczbie punktów i odcinamy przy dziewięćdziesiątej osobie plus te kilka, które są ex aequo. Czemu to tyle trwa? Może żerując na zżerającej Was ciekawości nabijają statystyki wyświetleń strony?).

Nagle dzwoni do mnie ten kolega z forum – SĄ WYNIKI, krzyczy. Czyli on się dostał. Pobieram listę, owszem, są wyniki. Sprawdzam od dołu, bo jeśli już miałem gdzieś być, to tam.

Listę otwiera od dołu mój kolega z klasy, ten co awansował z 250. miejsca. Serce bije mi tak, że zaraz wyskoczy przez klatkę piersiową. Dobrze, że na ten wypadek zebrałem trochę tłuszczu i tak się nie stało.

Przewijam powoli, powoli i JEST. Moje nazwisko. Nie wierzę! Krzyczę z radości na cały dom, wydzwaniam do wszystkich.

To jest ten najważniejszy argument, abyś też podjął wyzwanie olimpijskie. Radość jest niewyobrażalna. 

Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

I recognize nothing that is not material. In physics, chemistry and biology I see only mechanics. The Universe is nothing but an infinite and complex mechanism. Its complexity is so great that it borders on randomness, giving the illusion of free will. – Konstantin Eduardovich Tsiolkovsky

W sobotę ukaże się pierwszy post z tematyki Chemia w medycynie. Dajcie znać czy takie wpisy Was interesują.

5 myśli w temacie “O mnie – cz. II”

  1. Czytałam ten post z takim zapartym tchem, jak ja bym tam siedziała. Świetnie piszesz, mając nawet to naciągane dwa z polskiego! Czekam na więcej!!!

    1. Nobel z chemii (wiadomo) i literacki za to. Z jakiegoś powodu osoby zagrożone z polskiego swietnie opisują niestworzone (nienajlepsze określenie, bo niektóre sa prawdziwe). Może dlatego ze te historie odbiegają id maturalnego klucza z polskiego….

Leave a Reply