O mnie – część 4

Cyferka cztery wydaje się niepokojąco narcystyczna, jednak przez ostatnie trzy lata trochę się wydarzyło. W poprzednich częściach opowiedziałem Wam dokładnie jak wyglądała moja przygoda z Olimpiadą Chemiczną.

  1. O Mnie – cz. I
  2. O mnie – cz. II
  3. O mnie – cz. III

Na czwartym roku studiów jak zwykle kontynuując swoją tradycyjną sinusoidalną zależność ,,bardzo dobra forma – biegam maratony/fatalna forma +20 kg ” ponownie wróciłem do sportu, tym razem namiętnie jeżdżąc na rowerze. Niestety pewnego razu po treningu okazało się, że czeka mnie operacja torbieli pilonidalnej.

Po nieudanej operacji, nieudanej poprawce operacji zakończyło się na wakacjach spędzonych w swoim pokoju, ze specjalistycznym opatrunkiem próżniowym (tzw. VAC), który musiał być podłączony do kontaktu, a zatem także i ja byłem do kontaktu bezpośrednio przywiązany. Z jednej strony można by powiedzieć, że nieciekawa sytuacja, ale z drugiej strony miałem 3 miesiące (studenckie wakacje trwają do października) wolnego i nudę absolutną.

Wtedy mama mojej dziewczyny podrzuciła pomysł na stronę o Olimpiadzie Chemicznej. Zacząłem namiętnie pisać artykuły w ilości i tempie dzisiaj dla mnie abstrakcyjnym (no bo mieć trzy miesiące wolnego czasu to po prostu dziś abstrakcja).

W ciągu pięciu miesięcy napisałem 60 postów o łącznej ilości 110 tysięcy słów co daje 730 słów dziennie, non stop! Do dziś pamiętam pierwsze w życiu polubienia wpisów, pierwszy komentarz i ogromny stres, który temu towarzyszył (,,czy coś jest źle”?).

Pozytywne opinie napędzały mnie w działaniu, a ja z wielką radością zaobserwowałem, że udało się stworzyć mikro społeczność, którą łączy wspólna pasja, wspólny cel. Wreszcie po zawodach można było zobaczyć opinie i najświeższe, pełne emocji wrażenia tuż po I czy II etapie. Odżyło to, co kiedyś żyło na nieistniejącym już forum chemicznym.

To było tak naprawdę główną siłą napędową do stworzenia tej strony. Aby wspomóc osoby, które są z mniejszych miast czy też takich, które chodzą do zwykłych szkół, gdzie nie ma olimpijczyków. Takie osoby nie mają z kim pogadać o Olimpiadzie, ani nawet nie mają jak się dowiedzieć jak poszło innym. Czy zawody były łatwe czy trudne?

W międzyczasie produkowałem materiały i zadania na zajęcia ze swoimi zawodnikami, jednocześnie przechodząc wielką wewnętrzną rewolucję w swoich przygotowaniach. Jako że sam OlChem co rok się zmienia, tak samo zmieniały się moje metody nauczania.

Mam tutaj akurat łatwość, bo na medycynie już od samego początku jesteśmy nastawiani na to, że zmiany w leczeniu czy inne są nieustanne i trzeba się do nich adaptować.

Nie ma dwóch takich samych edycji, do których przygotowywałbym tak samo. Pozostaje co prawda jeden wspólny mianownik, który zresztą wyczytaliście na stronie już dziesiątki razy :

Uczmy się do Olimpiady Chemicznej, a nie do Folderu Wstępnego.

Oczywiście tematyka FW również zostaje ostatecznie pogłębiona, ale robimy to w okresie przedstartowym. Na początku ogarniamy wiedzę ogólną, ale jednocześnie taką, która przydaje się na samej Olimpiadzie, ale także przede wszystkim – jest niezbędna do zrozumienia chemii.

Gdzieś tam na boku prywatnym do drzwi powoli pukała dorosłość, która już niedługo miała te drzwi wręcz wyważyć. Nadeszły najlepsze wakacje życia, skwitowane zaręczynami i cóż… było fajnie!

W międzyczasie udaje się ukończyć studia medyczne, dostając prawo wykonywania zawodu (tak zwany PWZ). Za chwilę zaczynam staż lekarski, miesiąc przed którym założyłem firmę mając dokładnie 1000 zł na koncie, a więc ryzyko i stres zaczęły szybować w górę.

Całe jednak te organizacyjne sprawy, ZUSy, księgowe, kody PKD, podatki i tysiąc innych spraw były skutecznie przyćmiewane przez to, że robię to co kocham, czyli już profesjonalnie zajmuję się Olimpiadą! To był jeszcze czas kursów, które sam już pamiętam jak przez mgłę i z perspektywy czasu wiem, że dało się je przeprowadzić znacznie lepiej. To spowodowało, że temat kursów odłożyłem na bok, zdając sobie sprawę jak niewyobrażalnej pracy potrzeba, aby opracować cały materiał olimpiadowy.

Zająłem się zajęciami indywidualnymi, chociaż nie brałem wtedy wielu osób, ponieważ codziennie chodziłem na staż. Widząc jednak rosnące zainteresowanie stroną/zajęciami staż zaczął mi przeszkadzać. Pamiętam jak próbny II etap dokańczałem z Radkiem Tokarskim do 5:30 w nocy, bo chyba jakoś rano trzeba go było puścić. Na ostatnią chwilę wyłapywaliśmy jakieś błędy, te drobne i te bardziej poważne, ale ostatecznie udało się przeprowadzić go bez żadnych usterek. Ale idąc na 7:00 do szpitala na pediatrę wyglądałem tak, jakbym wracał z potężnej studenckiej imprezy.

Raz czy dwa zdarzyło się także trzymać haki wątrobowe na operacji dłużej niż się spodziewałem (ja i lekarz prowadzący), co powodowało że opuszczałem zajęcia indywidualne, nie mając nawet szansy powiadomić kogoś o tym telefonicznie… bo właśnie trzymam wątrobę!

Obecnie strona olimpijska została rozbudowana do naprawdę sporych rozmiarów (ponad 270 tysięcy słów w artykułach), chociaż dzieje się tutaj ewidentnie mniej niż to było np. dwa lata temu. Strona zanotowała przez ten czas łącznie pół miliona wyświetleń, co niby brzmi dobrze, ale wystarczyłoby skoczyć do basenu z kulkami i po paru dniach ten wynik byłby lepszy.

Oczywiście żartuję, zdając sobie sprawę, że moja widownia to około 800 osób w Polsce + kilku nauczycieli. Bazując na setkach rozmów, które przeprowadziłem z Wami na facebooku czy telefonicznie mogę pozwolić sobie na podsumowanie paru ważnych dla mnie kwestii, które udało się zrealizować :

  1. Motywacja do startu w Olimpiadzie Chemicznej
  2. Ogólne naprowadzenie w kontekście tego jak się uczyć do OlChemu
  3. Stworzenie społeczności zainteresowanej tym samym celem
  4. Uświadomienie, że do Olimpiady Chemicznej może się przygotować ,,zwykły uczeń” , czyli taki, który jeszcze nie osiąga super wyników z chemii, nie ma dobrego nauczyciela, nie chodzi do świetnej szkoły – wystarczy jedynie ogrom samozaparcia, chęci i gotowości na wiele wyrzeczeń.

Pamiętajcie, że zawsze możecie do mnie pisać na facebooku. Wydaje mi się, że nigdy nie przytrafiła się sytuacja, w której komuś bym nie odpisał, nie pomógł (a jeśli tak się zdarzyło to przepraszam, bo musiałem to zwyczajnie przeoczyć). Sami jesteście świadkami, że często kończyło się to wymianą numerów telefonu i bezpośrednią rozmową. Skąd to się bierze, czemu tak robię?

To bardzo prosta sprawa. Kiedy sam się przygotowywałem do OlChemu, czyli lata 2010/2012 to właściwie Internet jeszcze nie był rozwinięty. FB Olchemu istnieje przecież dopiero od 2012, o czym nawet sam wtedy nie wiedziałem!

To powodowało, że nie miałem skąd się dowiedzieć jakie książki są w ogóle ważne w przygotowaniach do Olimpiady Chemicznej, przez co kupowałem masę niepotrzebnej, trudnej, niezrozumiałej literatury. Przykładowo z chemii fizycznej zacząłem od fatalnej książki z serii Krótkie Wykłady, aby potem ,,poczytać” Pigonia/Ruziewicza i te śmieszne greckie literki, z których nic nie rozumiałem ( no i całeczki na każdej stronie), aby dopiero za trzecim razem trafić w Atkinsa. A dziś to i tak wszystko się pozmieniało i szykowałbym się do Olimpiady kompletnie inaczej.

Dlatego też uczyłem się do Olimpiady aż półtora roku, gdzie dałoby się to skrócić do 6-8 miesięcy. Oczywiście nie żałuję żadnej decyzji, ani żadnej minuty. Właśnie takie przygotowanie stworzyło moją dzisiejszą mentalność, gdzie szykuję swoich zawodników do OlChemu, a nie do Folderu. I wierzę, że Olimpiada w końcu pójdzie w tym kierunku, aby Folder pełnił nieco inną rolę niż dotychczas.

Dlatego też, kiedy Wy do mnie piszecie z pytaniami o pomoc, to pomagam. Bo sam jako zawodnik dałbym wiele, żeby ktoś chociaż wskazał mi te dwie-trzy książki, które są kluczowe.

Widzicie, mam tutaj też taką inną mentalność niż wiele ,,starszych lekarzy” , którzy wychodzą z założenia, że oni za naszych czasów to mieli gorzej i pracowali za skrzynkę wódki. Dlatego my się powinniśmy cieszyć, że możemy w ogóle pracować i chodzić na dyżury. Nie ważne nasze rodziny, które lekarze opuszczają pracując po 80-100 h w tygodniu. Pracując w weekendy, niedziele i święta.

A ja jednak wolałbym przekazywać swoje doświadczenie młodszym kolegom-olimpijczykom, aby mieli łatwiej, byli lepsi i robili lepsze wyniki niż ja. I żeby to wszystko im zajęło jeszcze krócej, aby tą nadwyżkę czasu spożytkowali na robienie kolejnych zadań. Optymalizujemy, podnosząc ogólny poziom zawodników, przez co może rosnąć poziom zadań, co powinno doprowadzić do jeszcze lepszej kadry narodowej, co powinno przełożyć się na jeszcze lepsze wyniki naszych rodaków na arenie międzynarodowej.

Dobrze, ale zawracając do naszej przerwanej historii. Staż udało się skończyć, co było dla mnie wielką ulgą i stanąłem do ważnego, życiowego wyboru.

Porzucam (na razie) medycynę. Anestezjologia czy medycyna sportowa to dwie gałęzie, w których bym się odnalazł i dał sobie radę, ale to wszystko zwyczajnie blednie przy miłości jaką mam do chemii oraz Olimpiady Chemicznej.

Słuchajcie, nawet sobie nie zdajecie sprawy jak bardzo abstrakcyjne jest to zdanie dla osób postronnych, a tym bardziej innych lekarzy czy mojej mamy. Jak to tak? Traktują to jak taką patologię, jakbym poniósł potężną porażkę w życiu.

Ale cóż, ja tak mam już od samego początku liceum. Ponownie historia zatacza koło wracając do mojego starszego brata, którego istnienie i rady są dla mnie niewyobrażalnym fuksem. To on szybko uświadomił mi, że szkolne oceny są absolutnie nic nie warte i na razie liczy się tylko to, aby dostać się na studia.

Hmmm… To czy nie lepiej byłoby przez 3 lata liceum uczyć się tylko jednego przedmiotu, który zajebiście Cię interesuje zamiast 15 innych, który zaliczasz na dobre oceny, tylko na uciechę Twoich rodziców, wiedząc że i tak to nic nie daje, bo liczy się jedynie wynik matury? Dla mnie decyzja była banalna – olewam szkołę, MUSZĘ zostać finalistą Olimpiady Chemicznej. I tak też się stało.

Ta mentalność przetrwała na studiach (brat również po medycynie, wiec też był moim drogowskazem), a zatem na trzecim roku studiów szybko zorientowałem się, że całe to nauczanie teoretycznie zamiast praktycznego to jeden wielki żart, zatem skoncentrowałem się tylko na tym, co jest obiektywnie ważne (farmakologia, interna) oraz tym, co mnie faktycznie interesuje (anestezjologia).

W ten oto sposób na czwartym roku miałem już raz przeczytany podręcznik do specjalizacji (Larsen), już pierwszy raz intubowałem (i to noworodka). Na piątym roku miałem porobione notatki z literatury anglojęzycznej, stworzony własny skrypt do leków i przeczytanego Larsena po raz drugi. Na tym etapie bez problemu zdałbym teoretyczny egzamin specjalizacyjny, który czekałby mnie dopiero za 8 lat. Oczywiście praktycznie nie umiałem wiele, jedynie tyle co dało się załapać na dyżurach. Ale chodzi tutaj o to nastawienie się na to, co jest faktycznie ważne.

Kiedy jednak stanąłem na rozdrożu medycyna vs Olimpiada to wybór był prosty. Jeśli uważacie, że to jak się nauczyłem na studiach tej anestezjologii to jest nieźle, to wyobraźcie sobie w jaki obsesyjny sposób podchodzę do Olimpiady. Bo przy niej anestezjologia to jakieś poboczne zainteresowanie. Olimpiada to pasja życia.

Zatem wraz z końcem stażu zaczynam się już profesjonalnie zajmować Olimpiadą Chemiczną. Profesjonalnie dlatego, że staje się to moim sposobem na życie. Czyli niby jestem w pracy, ale nie jestem w pracy, jeśli wiesz co mam na myśli. Bo jak robisz to co lubisz, to nie pracujesz. W tym roku osiągam swój największy sukces, doprowadzając do finału cztery osoby, a jedna staje się laureatem.

No dobrze, to dlaczego zatem tak mało się dzieje na stronie? Czy zapomniałem już o wszystkich i skupiam się teraz tylko na zajęciach indywidualnych ?

I tu właśnie wkracza dorosłość, wyważając bezpardonowo drzwi. Kiedy byłem jeszcze studencikiem, to za wielu zmartwień nie miałem. Teraz jednak jest zupełnie inaczej. Wesele, urodziny, pogrzeb – wszystko w przeciągu tygodnia. Kredyt na działkę, bilans życia rodzinnego i pracy, stresująca sytuacja mieszkaniowa z licznymi napięciami wśród domowników, pies – szczeniak do wychowania, kilka powiadomień na Skypie prawie codziennie z prośbą o wytłumaczenie czegoś do Olimpiady, przygotowywanie się na każde zajęcia, stres i ciągłe myślenie czy tegoroczne przygotowanie jest optymalne, czy daję z siebie sto procent. Pierwsze wyprawiane święta jako gospodarz dla 20 osób ze skaczącym na stół psem (dopiero wtedy docenia się, ile jest gotowania i całej tej organizacji!). Stres, że nie publikuję tak dużo treści na facebooku, przez co może czujecie się porzuceni. Nowa strona (www.chemiamaturalna.com), nowa (druga) firma – stres. Nie mam czasu dla znajomych, przyjaciół – stres, że to zaniedbuję. Nie mam czasu trenować, znowu tyję – stres i frustracja. Przyspieszony termin II etapu Olimpiady Chemicznej, mam po 10h korepetycji dziennie, nie widuję się z żoną przez miesiąc, nawet nie śpi w domu, w międzyczasie popsuł się piec – 8 tysięcy na naprawę, przeciek gazu, pogotowie gazowe, wypadek samochodowy żony auta na leasing (nic się nie stało). Tworzę kurs do Olimpiady Chemicznej, wszystko ponownie rzucam na jedną szalę. Myślę o budowie domu, myślę o powiększeniu rodziny, a przecież do tego powinienem być w optymalnej formie. Chciałbym ulepszyć stronę wizualnie, nie ma funduszy. Potrzebuję osób do pomocy, nie ma funduszy. Stres, stres. Przez masę losowych sytuacji, które się gromadzą często odwołuję, przekładam zajęcia – frustracja, że nie jestem słowny.

I ja tu generalnie nie chcę narzekać, ani się usprawiedliwiać. ,,Pracuję” jednak cały czas. Zrezygnowałem z wolnego czasu, bo i tak robiłbym właśnie to. Przez trzy lata gromadzenia materiałów oraz z odpowiednią pomocą świetnego nauczyciela (olimpijczyków, a także maturzystów), w końcu odważyłem przygotować kurs do 68. Olimpiady Chemicznej. Od absolutnych podstaw, do finału. Pracuję cały czas, w weekendy wstając o 5:30 i po prostu robiąc. Nieprzerwanie od września, a więc już ładny kawał czasu. I to będzie najlepszy kurs do Olimpiady Chemicznej w Polsce, który kompletnie zmieni tą edycję. Bo teraz każdy da radę się do niej przygotować samodzielnie.

PS Informacja o kursie przygotowującym do 68. Olimpiady Chemicznej już w przeciągu 2-3 tygodni!

Leave a Reply